Ważnym konkretnym krokiem stała się zapowiedź postawienia szefa banku centralnego przed Trybunałem Stanu (TS). Wniosek już jest gotowy, ale to żaden problem. Ważniejsze, że obecnie niedokładnie wiadomo, jaką większością Sejm miałby postawić prezesa NBP w stan oskarżenia. Wobec prezydenta RP takiej wątpliwości nie ma – decyduje o tym Zgromadzenie Narodowe (Sejm zsumowany z Senatem) większością co najmniej dwóch trzecich łącznej ustawowej liczby posłów i senatorów. Pozostałe osoby ustawa o TS nieco różnicuje. Głosuje sam Sejm, ale wobec premiera wymagana jest większość trzech piątych, natomiast wobec np. prezesa NBP – tylko bezwzględna. Rządzące obecnie konsorcjum 15 października tą ostatnią dysponuje ze sporym zapasem, ale kwalifikowaną premierowską – absolutnie nie.
W związku z tym Trybunał Konstytucyjny (TK) pod wodzą Julii Przyłębskiej wydał w styczniu orzeczenie. Na wniosek posłów Prawa i Sprawiedliwości niemal biegiem uznał, że takie zróżnicowanie jest niekonstytucyjne i zalecił podniesienie progu także dla prezesa NBP do trzech piątych. Ogromny paradoks polega na tym, że TK może zaledwie prosić parlament o poprawienie ustawy, co zwykle zajmuje wiele miesięcy. Uwzględnienie unieważnienia przepisu o większości bezwzględnej i niezastąpienie go żadnym innym oznacza, że obowiązują ogólne normy konstytucyjne i dla oskarżenia Adama Glapińskiego wystarcza w Sejmie większość… zwyczajna! Orzeczenie organu Julii Przyłębskiej unieważniło jeszcze jeden ważny przepis, że uchwała Sejmu o pociągnięciu przed TS powoduje automatycznie zawieszenie w czynnościach osoby, której dotyczy. W tej sprawie zapowiada się starcie znacznie ostrzejsze, niż wobec samego głosowania posłów, którego wynik arytmetyczny jest oczywistością – natomiast jego interpretacja już nie.
Ciekawa może być reakcja krajowych i międzynarodowych rynków finansowych. Pierwsze wypowiedzi z tych sfer są raczej uspokajające, ponieważ inwestorzy nie czują się zaskoczeni, zapowiedź wniosku była wręcz… spodziewana po ukształtowaniu się konsorcjum 15 października. Na razie wszyscy zastygli w oczekiwaniu, co konkretnego może znaleźć się we wniosku. Ponieważ dotyczy on szefa centralnego banku państwa – wymaga niezwykłej fachowości. Nie wystarczy generalne oskarżenie ze strony premiera, że Adam Glapiński dokonał nielegalnego wprzęgnięcia niezależnego NBP do wieloletniego wspierania najróżniejszymi metodami Prawa i Sprawiedliwości – chociaż taki zarzut jest bardzo prawdziwy i naprawdę nietrudny do udowodnienia na konkretnych liczbach i decyzjach. Prezes zawsze może się bronić argumentacją, że polityka PiS była w strategicznej perspektywie bardzo pożyteczna dla Polski, zatem w interesie wartości naszego pieniądza, stanu gospodarki oraz pomyślności obywateli jej wspieranie było wręcz obowiązkiem banku.
Klucz do oceny zapowiedzi Donalda Tuska leży zatem w szczegółach. Stanowisko prezesa NBP jest jednym z najmocniej chronionych prawnie w Konstytucji RP. Właśnie taka pozycja szefa banku centralnego jest od 1997 r. oceniana jako jedna z największych zalet ustawy zasadniczej. Teoretycznie ma to Radzie Polityki Pieniężnej i zarządowi NBP gwarantować niezależność od bieżących potrzeb kolejnych rządów oraz zapewniać im swobodę w polityce stabilizowania inflacji, która powinna być prowadzona w każdym czasie. To opoka, na której stoi system bankowości centralnej we wszystkich krajach Unii Europejskiej i generalnie rozwiniętych. Z definicji wykluczane jest odwoływanie szefów banków za złe decyzje w polityce pieniężnej, chyba że sami ustępują. Być może Donald Tusk liczy na właśnie takie zachowanie Adama Glapińskiego, ale to nadzieja raczej naiwna…

