Kilka dni temu prezydent Joseph Biden ogłosił wprowadzenie nowych, wysokich ceł na część chińskiego importu – niedużą część, wartą ok. 18 mld USD rocznie, czyli ok. 3 proc. całego przywozu. Ale jest to część strategicznie istotna. Chodzi bowiem o samochody elektryczne i baterie do nich, elementy paneli fotowoltaicznych, półprzewodniki, a także dużą grupę różnych metali i minerałów. Powód wprowadzenia ceł najlepiej określiła Lael Brainard, doradczyni Bidena: chiński potencjał przemysłowy i eksport w niektórych sektorach są tak duże, że mogą podważyć sensowność inwestycji w USA.
Na świecie panuje obawa, że ogromny potencjał chińskiego przemysłu zacznie podważać przewagę technologiczną Zachodu. Dopóki Chiny sprzedawały ubrania i zabawki, wszyscy byli zadowoleni, a przynajmniej wszyscy ci, którzy na tym bezpośrednio nie tracili. Kiedy jednak Chiny zaczęły masowo produkować półprzewodniki, zapanował strach. Tym bardziej, że Chiny weszły w sojusz polityczny z Rosją.
Unia Europejska również szykuje się do podobnych decyzji, choć w Europie są większe podziały. Zwolennikiem większego protekcjonizmu jest Francja, a sprzeciwiają się temu Niemcy czy Szwecja. Niedawno premier Szwecji Ulf Kristersson powiedział podczas spotkania z kanclerzem Niemiec Olafem Scholzem: jeśli chodzi o cła, jesteśmy zgodni co do tego, że demontaż globalnego handlu jest złym pomysłem.
Czy cła mają sens? Ekonomiści podzielili się na trzy grupy pod tym względem.
W pierwszej grupie są ci, którzy myślą wedle klasycznych kategorii: cła są szkodliwe i należy korzystać z innych narzędzi łagodzenia ewentualnych negatywnych skutków wolnego handlu. W panelu ekonomistów, organizowanym przez Uniwersytet Chicago (kompozycja ideowa odpowiadających jest bardzo zróżnicowana) na pytanie o to, czy potrojenie ceł na stal i aluminium przyniesie Amerykanom korzyści netto, 67 proc. ekspertów odpowiedziało negatywnie, a tylko 4 proc. pozytywnie (reszta była niepewna). Wielu ekonomistów przekonuje, że chiński potencjał wytwórczy w dziedzinie zielonych technologii jest światu bardzo potrzebny, ponieważ transformacja energetyczna będzie wymagała dużo większych zasobów wytwórczych niż dostępne obecnie na Zachodzie.
W drugiej grupie są jastrzębie, skupione częściej w think-tankach niż w akademii, czyli w miejscach gdzie częściej myśli się o praktyce niż teorii. Podkreślają, że chiński potencjał produkcyjny zagraża producentom w branżach, w których w krajach rozwiniętych zbudowano duże zasoby wiedzy i technologii. Te zasoby udało się Chinom zbudować dzięki protekcji własnego rynku. Brad Setser z Council of Foreign Relations pisze więc: „Każdy, kto oferuje prostą teorię magii wolnego rynku, powinien zmierzyć się z faktem, że w Chinach technologie powstawały dzięki bardzo silnemu wsparciu państwa”. Do tego dochodzą oczywiście argumenty związane z bezpieczeństwem dostaw w warunkach konfliktów politycznych.
Wreszcie trzecia grupa, do której pewnie mi jest najbliżej, broni wolnego handlu, ale wskazuje na konieczność rozwiązań przywracających zrównoważone salda handlowe. Chcesz eksportować dużo, masz w czymś przewagi, to bardzo dobrze, ale musisz też dużo kupować. Korzystasz z naszego otwartego rynku, to dobrze, ale musisz też otworzyć w pełni swój rynek. Jeżeli będziemy uzależnieni od ciebie, ty musisz być uzależniony od nas. Inaczej ta gra nie ma sensu. W idealnym świecie rynek skorygowałby wszelkie nierównowagi, ale nie żyjemy w idealnym świecie.
