Londyński Hyde Park, a właściwie jego południowa część — Speaker’s Corner. Niedzielny poranek.
Niewielki tłumek rozproszony w grupki.
Mówca szykuje się do wystąpienia, ale tłum stoi tyłem.
— Porozmawiajmy o seksie! — wykrzykuje.
Tłum odwraca się zaciekawiony.
— Lubisz seks? — mężczyzna wciąga widza w rozmowę.
Ludzie przysuwają się bliżej.
— Jasne! — pada odpowiedź.
— Seks to kobiety... Lubisz kobiety? — ciągnie dalej mówca.
— Jasne! — odpowiada zagadnięty.
Tłumek ciasno otacza oratora.
— Taaaak, kobiety... — kontynuuje nowy mówca. I po pauzie dodaje:
— Opowiem wam o kobietach Jezusa!
Hyde Park należy do londyńskich parków królewskich. Zajmuje powierzchnię 140 ha. W 1536 roku Henryk VIII nabył ten obszar od mnichów opactwa westminsterskiego i polował tu, bo przecież nie było to wówczas centrum Londynu, tylko lasy pełne zwierzyny. Po objęciu tronu przez Jakuba I polowania ograniczono — przede wszystkim dlatego, że król wprowadził opłaty. Uporządkowany kształt nadał parkowi Karol I (w 1637 roku otworzył go dla publiczności).
W XVII wieku Wilhelm III, który przeniósł dwór do Pałacu Kensington, kazał oświetlić park — zainstalowano 300 lamp olejowych na drodze do kościoła św. Jakuba.
W czasie wielkiej zarazy, w 1665 roku, wielu mieszkańców Londynu koczowało w parku — w nadziei uniknięcia czarnej śmierci.
Polowanie i gadanie
Wejście do Hyde Parku od strony wschodniej otwiera sławny Marble Arch, a od zachodniej pałac Kensington. Dodatkową atrakcją jest Serpentine — ponad 11-hektarowe, podłużne jeziorko, po którym można pływać łodzią albo wpław. Powstało w latach 30. XVIII wieku na polecenie Karoliny, żony Jerzego II. Po południowej stronie jeziora biegnie Rotten Row — aleja do konnej jazdy, po której stępa albo lekkim kłusem przejeżdża londyńska elita i co zamożniejsi turyści. Taka przyjemność kosztuje — w tygodniu 40 funtów (10 lekcji 320 funtów). Lekcje prywatne — w tygodniu 50 funtów, w weekend — 60 funtów.
Speaker’s Corner (kąt mówców) to dla cudzoziemców najbardziej interesujące miejsce w Hyde Parku. Tu wolno ci powiedzieć wszystko — pod warunkiem, że masz mównicę, a przemówienie nie dotyczy królowej. Jeśli londyńczyk lub przyjezdny ma skrzynkę po pomarańczach, może na niej stanąć i w dobitnych słowach ujawnić, gdzie ma Blaira, jaki jest jego stosunek do wojny w Iraku, jakie ma zdanie o światowym handlu, eksperymentach na zwierzętach, religii, turystach, ustawie podatkowej, zatruciu atmosfery, zabijaniu fok, łowieniu wielorybów... Ludzie gadają tu już od 1872 roku.
Kobieta w jasnym płaszczu tkwi na rozstawianej drabince. Opowiada o życiu Jezusa. Przechodnie tylko zwalniają i odchodzą. Na skrzynce stoi brodaty chłopak: kaznodzieja, który wygłasza kazanie. Nikogo nie interesuje, co mówi. Na rozłożonej gazecie stanął ktoś, kto ma coś do powiedzenia innym, a może i sobie. Wciąga, stara się przykuć uwagę przechodnia. Mówi już tylko do niego:
— Hej ty! Nie odchodź! Do ciebie mówię!
Ludzi ciężko zainteresować. Przechodzą dalej. Ale bywa też, że staną i słuchają. Czasem zaczynają dyskutować z mówcą. Dochodzi nawet do pyskówek.
Hyde Park od wieków jest też miejscem różnych uroczystości. W 1814 książę regent zorganizował tu pokaz sztucznych ogni — na znak zakończenia wojen napoleońskich. W 1851 r., za panowania królowej Wiktorii otwarto tu Wielką wystawę sławiącą Imperium Brytyjskie, a w 1977 r. Wystawę Srebrnego Jubileuszu koronacji królowej Elżbiety II.
Park jest otwarty od piątej rano do północy. Parkingi płatne, uwaga: mało miejsc.
Skarby wśród śmieci
Portobello Road. O niej pisał piosenki Cat Stevens. Tu rozgrywa się akcja filmu (Hugh Grant!) „Notting Hill”. Kolorowe wąskie kamieniczki. Typowa wiktoriańska ulica, wciśnięta między rozbudowujące się w drugiej połowie XIX wieku mieszczańskie dzielnice Notting Hill i Paddington. Najbardziej znany targ sztuki i rupieci — targ staroci od lat 50. zeszłego wieku i uliczny targ od lat 70. XIX wielu.
Handel zaczyna się tu o 5.30, ale to jeszcze nie czas dla turysty czy kolekcjonera. W tych godzinach sprzedawcy z Portobello zaopatrują się u dostawców w towary krajowe i zagraniczne. Targ „detaliczny” rusza około ósmej. Sprzedaż trwa cały dzień. Przyjeżdżają turyści, ciekawscy, poszukiwacze i zbieracze z całego świata. Sklepy i stragany na Portobello mają przedmioty za funta i za kilka tysięcy funtów. Można tu trafić śmiecie — rubbish, jak mówią tubylcy — albo skarb, którego się szukało hen... w Syrii, Turcji czy Egipcie. A owi tubylcy — straganiarze, sklepikarze, antykwaryści — mają skórę we wszystkich możliwych kolorach: Anglosasi, przybysze z Czarnego Lądu, Hindusi, Chińczycy...
Skąd taka malownicza nazwa ulicy?
Puerto Bello to port w Zatoce Meksykańskiej, przez który w XVIII w. przechodziły skarby Nowego Świata wiezione do Hiszpanii. Admirał sir Edward Vernon z niewielką flotą zajął go w 1739 r. Świętowano to wydarzenie, otwierając stragany na ulicy, wykonując ozdoby i wystawiając na sprzedaż wszelkie skarby, jakie były w mieście.
W dni powszednie targ na Portobello to głównie produkty spożywcze, warzywa i owoce, kwiaty i pamiątki, wyroby różne. W piątek dominują towary second hand i ciuchy. Sobota to zaś dzień staroci i antyków.
Maleńki sklep, dwa schodki, dzwonek na drzwiach. Można tu kupić czarne, oryginalne płyty sprzed wielu lat — Ike i Tina Turner, The Doors, The Platters, The Suprimes — ciężkie, kruche krążki z wytwórni Motown, szumiące białe kruki na 33 obroty. Ceny — od kilkudziesięciu do kilkuset funtów.
Sprzedawca nie zwraca uwagi na wchodzących, kręci się z papierosem w ustach, znika za przepierzeniem. A tam jeszcze jedno pomieszczenie i znów setki płyt i plakaty... Też stare — Jimmy Hendrix, obok koncertowy afisz supergrupy Cream. Można kupić. Co jeszcze można kupić na Portobello?
Ot, na przykład: torebki ręczne i galanterię skórzaną, zwierzęta, artykuły zdobnicze, wyroby egipskie, zaproszenia i wizytówki, broń historyczną — białą i palną, ozdoby i porcelanę art déco i art nouveau, autografy, barometry, naczynia, śmigła i inne akcesoria lotnicze, zegarki, książki i manuskrypty, kufry, skrzynie, lichtarze, wyroby z brązu, aparaty fotograficzne i kamery, lornetki, dywany, szachy, wyroby chińskie, japońskie, indyjskie i arabskie, zabawki, miniaturową kolej, lalki porcelanowe, biżuterię, dzwonki, buteleczki i atomizery do perfum, platery, misie pluszowe, dzbany do wina, beczułki, puchary, stroje wiktoriańskie, kostiumy regionalne, kapelusze, jedwabie, wyroby ludowe z różnych regionów, kryształy, kołatki i klamki ozdobne, malarstwo wszelkiego typu, mapy, katalogi, reprinty, karty pocztowe, papeterie i przybory do pisania listów, maski i inne wyroby etniczne, narzędzia, pióra markowe i zabytkowe, ramy, grafiki, zdjęcia, meble, gry, sprzęt i meble ogrodowe, kość słoniową, nakrycia stołowe, tkaniny i tekstylia, zapalniczki i inne akcesoria do palenia, lampy, walizy, nesesery, lustra, pamiątki morskie i przedmioty marynarskie, modele żaglowców, instrumenty muzyczne — także antyczne, przybory krawieckie, ceramikę, akcesoria do herbaty, portrety i miniatury, sprzęt grający, instrumenty medyczne i naukowe z różnych epok, narzędzia techniczne, monety i medale, ozdoby srebrne i srebra stołowe, znaczki, ekwipunek myśliwski i trofea, skorupę żółwia...
Woskowa tradycja
Turysta wchodzący do Muzeum Madame Tussauds już u progu spotyka na przykład Luciana Pavarottiego. Nieco głębiej w hallu stoi drobna staruszeczka, ubrana w czarną suknię uszytą według francuskej mody. To Madame we własnej osobie — zaprasza, zachęca do wejścia, choć nieruchoma... Cała z wosku.
Marie Grosholz urodziła się w 1770 roku w Strasburgu. Jako panienka przeniosła się do Paryża, później związała z francuskim dworem. Została guwernantką siostry Ludwika XVI i zamieszkała w Wersalu. Tu zastała ją rewolucja francuska — z całym terrorem i wszechobecną gilotyną. Marie patrzyła, jak giną bliscy jej ludzie. Ucięte głowy stały się jej obsesją, a później źródłem sukcesu.
Wspólnie z Philipem Curtiusem (nauczył ją modelowania w wosku) zabierała odcięte głowy i wykonywała pośmiertne maski zgilotynowanych. Wreszcie przygotowała ekspozycję woskowych głów i — zapakowawszy ją w kufry — opuściła Francję (oraz męża). Udała się na Wyspy Brytyjskie. Przez ponad 30 lat jeździła z miasta do miasta. Wreszcie osiadła w Londynie — przy Baker Sreet — i założyła gabinet figur woskowych. Po latach jej wnuk, Joseph Randall, przeniósł ekspozycję na Marylebone Road — mieści się tam do dziś. Muzeum otwarte jest w godzinach 10.00-17.30 (płatne: dorośli 11 funtów, dzieci 8 funtów; latem drożej o pół funta). Ekspozycje poza Londynem znajdują się w Nowym Jorku, Las Vegas, Amsterdamie i Hongkongu.
Do Muzeum Madame Tussauds ciągle są kolejki. W sezonie wakacyjnym praktycznie zawsze jest tu tłum. Rocznie gabinet i planetarium odwiedza 2 mln osób. Chcą zobaczyć odtworzone z wosku, naturalnej wielkości, współczesne i historyczne sławy: osobowości i osobliwości. Na przykład madame du Barry, którą mijasz, ale coś nie daje ci spokoju, patrzysz uważniej... Czy ona oddycha?
Gabinet figur woskowych, wypełniający spory budynek, podzielono na samodzielne ekspozycje. Gwiazdy można spotkać na Garden Party, usiąść z nimi przy stoliku, zrobić zdjęcie. Spirit of London (Duch Londynu) to oglądanie w ruchu — przejażdżka londyńską taksówką, a jednocześnie wyprawa w czasie. To przeprawa przez 400 lat historii miasta. Zaczyna się w elżbietańskim Londynie, przez portowe zaułki, po śladach Kuby Rozpruwacza, przez wojny aż do dziś. Obrazy miasta z jego tajemnicami i ciekawostkami. Ogląda się dzień powszedni mieszkańców — w scenerii z epoki.
Chamber of Horrors (Gabinet Strachu) to tortury, śmierć, rany. Nastrój grozy. Wiktoriańskie uliczki we mgle. Krzyk. Seryjni zabójcy i wsławieni okrutną zbrodnią przestępcy. Tu szczury, strome przejścia. Tam gilotyna i wspomnienie rewolucji francuskiej, której poświęcono osobne miejsce.
Tamtą, pierwszą wystawę Madame Tussaud można obejrzeć i dziś.
