Kryzys, kryzysowi, kryzysem. Walczyć, uciekać, śmiać się, przeczekać. A może lepiej po stoicku go wypunktować?
d początku spotkania był jakiś nieswój. Smutny, trochę nieobecny, rozdrażniony. Ludwik Sobolewski nie dowcipkował i nie wyrywał się do mikrofonu. Szedł na zwarcie. A więc jednak kryzys.
— Przepraszam za te poważne tony — powiedział prezes GPW zaraz po tym, gdy zamiast tradycyjnego nieformalnego wstępu, na poważnie wyłożył swoje racje.
Primo: jeśli jakiś rynek jest ważny i zwracający uwagę, to często bywa przedmiotem gry interesów i ofiarą zuchwałych akcji dających korzyść głównie inicjującemu zamieszanie. I takie rajdy na rynek polski, jak i na nasze otoczenie gospodarcze, będą coraz częstsze. Zresztą, już teraz są.
Secundo: Choć te rajdy budzą emocje, to należy rozmawiać i wyjaśniać taką rzeczywistość — tu media odgrywają dużą rolę i do nich można mieć wiele zastrzeżeń.
Tertio: do pewnego stopnia jest zrozumiałe, że poziom naszych mediów jest niższy niż choćby "Financial Times’a", bo mamy mnóstwo inwestorów indywidualnych i może to do nich trzeba się tak zwracać. Prostszym językiem. Konkluzja Ludwika Sobolewskiego, w wersji na ostro:
— Według mnie, takie populistyczne działanie mediów rodzi frustrację i złość.
Frustracja i JP Morgan
Prowadzącemu spotkanie Tomaszowi Pruskowi zrzedła mina. Zresztą, nie ostatni raz tego wieczoru. W ten sposób kolejne spotkanie NewConnect Club można było uznać za rozpoczęte. Temat: "Jak odczuwamy kryzys?". Zaproszeni: trzej znani psycholodzy, szanowany ekspert w dziedzinie zarządzania, a do tego główna ekonomistka dużego banku. Widownia pełna. A chętnych do udziału w kółku terapeutycznym było dużo więcej. Listę zamknięto parę dni przed spotkaniem. Śmiechów, żarcików, pokrzykiwań nie ma. Jest skupienie, niepewność, napięcie. Jacek Santorski, jak zwykle czuły na sygnały z widowni, wiszące na sali pytanie "co robić?" zbił od razu.
— Siedzą psycholodzy wsparci ludźmi znającymi się na finansach i pewnie się zastanawiacie, co my takiego wiemy, czego wy nie wiecie. A właśnie istotą kryzysu jest, że nie wiemy, że nikt nie wie. Nie mamy żadnej tajemnej wiedzy — zawyrokował psycholog społeczny i biznesu.
No, może coś tam jednak wie. W końcu nieprzypadkowo Jacek Santorski zajął się konsultacjami z zakresu strategii przetrwania recesji.
— Jako psycholodzy posiadamy doświadczenie, jak postępować, gdy jest frustracja, bezradność, niewiedza. Przedtem, w czasach prosperity, było chociaż złudzenie, że wiemy, teraz wiemy, że nie wiemy. I musimy się nauczyć sobą zarządzać w takich warunkach — stwierdził Santorski.
Trochę straszno. Stan jest taki: nie ufamy sobie. A to potęguje kryzys. Prezes GPW podkreślał (znów), że oliwy do ognia dolewają gazety, pisząc w tytule np., że JP Morgan kręci giełdą.
— Nie znęcajmy się już tak nad prasą — zaapelował prof. Krzysztof Obłój, wykładowca kilku prestiżowych uczelni i członek rad nadzorczych wielu szacownych firm.
Jako doradca nie zaleca tego, co radzi prasa, a to, co będzie dla firmy najbezpieczniejsze. Obecnie to strategia przeczekania.
— Moja dobra rada dla tych przedsiębiorstw jest tylko jedna: cash is the king, rest is the romance. Gotówka się liczy. Zamykamy wszelkie plany, inicjatywy, które mogą nas z niej wypłukać. I oczywiście: jest to działanie prokryzysowe, ale czy tego chcemy czy nie, firmy i tak w ten tryb wejdą. Z tym, że za parę lat, jak zmieni się cykl koniunkturalny, znów zaczną inwestować. Oto racjonalne zachowanie na teraz — orzekł Krzysztof Obłój.
Halo, tu Ziemia
Bo ten kryzys jest strukturalny a nie medialny. W tym cukrze rzeczywiście jest cukier. Krzysztof Obłój zaczął rundę, w której rozprawił się z finansistami, menedżmentem i teoretykami zarządzania. Trzy dobre, precyzyjne, śmiałe ciosy wystarczyły.
— My też jesteśmy winni — spec od zarządzania nie zamierzał zamiatać prawdy pod dywan.
Cios pierwszy:
— Nowoczesne zarządzanie wprowadziło pojęcie napiętych celów, konieczność budowania w firmach ogromnie wielkich wyzwań. Autorytet w branży James Collins napisał niegdyś w książce "Od dobrego do wielkiego" pierwsze zdanie: "Dobre jest wrogiem wielkiego". To brzmi absurdalnie z dzisiejszej perspektywy. A przecież większość firm jest przeciętna, tak działa logika rozkładu statystycznego. Niemożliwa jest sytuacja, gdy wszyscy mają nadzwyczajną marżę i zyski.
Drugie uderzenie:
— Wartości. Dawniej pisano o tym, że firma jest systemem społecznym, a my zrobiliśmy z niej tylko instrument rynkowy. I żeby on sprawnie działał, sprzęgliśmy interes menedżerów i akcjonariuszy poprzez cały system powiązań, np. opcje na akcje. To napędziło zgodność interesów obu grup, ale spowodowało, że wartość ekonomiczna firmy stała się jedynym celem. Liczyły się tylko firmy o najwyższej wartości dla akcjonariuszy.
Cios kończący, kombinacyjny:
— Myśmy z menedżerów zrobili celebrities. Taką Julię Roberts zmieszaną z Bradem Pittem. Jeździ ta hemafrodyta po globie i wygłasza przemówienia o tym i o tamtym, za 100 tys. dolców. Ale przypatrzeć się im bliżej, to oni są tylko jednym: cost killerami. W sposób genialny, fenomenalny i zarazem bezwzględny zredukowali koszty. Potem drogą fuzji i akwizycji doprowadzili do turbodoładowania wartości firmy. I tyle.
Leżący na łopatkach mogli jeszcze usłyszeć małe pocieszenie:
— Mamy więc nowych bohaterów i nowe teorie. Nie mówię, że to są czarne charaktery. Ale zapomnieliśmy o jednej rzeczy, ważniejszej niż zaufanie. O ryzyku. Stworzyliśmy nierealną teorię zarządzania. Czas wrócić na ziemię. Zrobić ją bardziej nudną — skwitował prof. Obłój.
Recepta dla paranoika
Psycholodzy, ci od zaufania, nie dali jednak za wygraną. Wyliczali: w Polsce tylko 12 proc. ludzi ufa komukolwiek poza rodziną, to jest najgorszy wynik w Europie. Przedostatni są Grecy, więc to nie choroba krajów postkomunistycznych. Wyobraźmy sobie: idziemy Nowym Światem i uśmiechamy się. Jedna osoba odwzajemnia uśmiech, gdy kolejnych dziewięć zastanawia się, co on kombinuje? Prof. Janusz Czapiński:
— Zaufanie to kapitał społeczny i my je niszczymy gdzieś tak od czasów liberum veto.
Zobaczmy, jaki odsetek Polaków w zeszłym roku ufał różnym instytucjom finansowym: Bankom 54 proc., TFI — 13 proc., OFE — 16 proc., ZUS — 25 proc., giełdzie — niecałe 8 proc. — rzucał liczbami.
I wieszczył, złowrogo:
— Za 4-5 lat to będzie kryzys, bo wtedy z powodów strukturalnych zatrzymamy się w rozwoju i będziemy PKB liczyć już niekoniecznie na plusie. Gdy wkrótce trafimy do grupy krajów bogatych, kapitał ludzki przestanie mieć kluczowe znaczenie. A on jest głównym źródłem rozwoju Polski od lat, ten pęd Polaków do kształcenia. Jak to się skończy, zaufanie zacznie się liczyć. I nam go zabraknie, cieszmy się więc okresem dekadencji — zaapelował psycholog biznesu.
Cisza. Kolega z branży zaraz próbował ugasić pożar:
— Profesor Czapiński słynie z intelektualnych prowokacji — przypomniał Jacek Santorski.
Do dyskusji włączył się ostatni z psychologicznego trio, Wojciech Eichelberger. Zaryzykował stwierdzenie, że obecna sytuacja przypomina leczenie pacjenta z widoczną odchyłką paranoidalną. Co by napisał na recepcie dla obitych ciosami prof. Obłoja? Cztery zasady.
— Po pierwsze przejrzystość. Trzeba dbać o transparentność relacji z klientami. Tak, żeby ziściło się marzenie Jacka Santorskiego, żeby, jak rozmawia z doradcą finansowym, nie musiał myśleć, o co mu chodzi.
Rozjazd na piramidzie
Pozostałe trzy sugestie to: spójność ("każda obsuwa będzie ważyła w trójnasób"), odpowiedzialność ("nie oznacza obwiniania się za obecną sytuację, lecz wyciągnięcie lekcji i zakomunikowanie tego") i, last but not least, jasne formułowanie reguł kontaktu z klientem ("choćby punktualność, rzetelność czy dotrzymywanie terminów"). Powyższe reguły przydają się też w skutecznym przywództwie w kryzysie. Czas na głos z sali. Nakierowuje rozmowę z tematyki romansów na króla. Czyli jednak pieniądze. Pod obstrzał idzie Maja Goettig, główna ekonomistka banku BPH. Klubowicze chcą usłyszeć, jak banki w sytuacji recesji zamierzają zarobić kilka miliardów złotych, które przyjdzie wypłacić w przyszłym roku tym, co postawili na lokaty.
— W październiku było widać pewien problem, odpływ gotówki z kont bankowych. Co robimy? Oprocentowanie lokat rośnie, bank płaci więcej na lokacie, ale zarabia na droższych kredytach i może w przyszłym roku będzie gorzej z zyskownością. Jednak sektor wyjdzie na plus — skontrowała Maja Goettig.
Jak będzie, zobaczymy. Póki co, liczmy straty. I niczemu się nie dziwmy. Bo wtedy zdziwi się Krzysztof Obłój. Przecież z tym krachem, to nie było pytanie czy, ale kiedy.
— Pierwszy raz przeczytałem o tym, że będzie wielki kryzys w 1981 r. Amerykański spec od zarządzania spójnie punktował mechanizm: powstały petrodolary, a do tego są dość wyrafinowane instytucje finansowe. To doprowadziło do rozjazdu między gospodarką realną a gospodarką finansową na poziomie 1 do 12-15 dolarów — wyjaśniał Obłój.
Wniosek jankesa mógł być tylko jeden. Teoria ekonomii nie zna takiego zjawiska, więc to się musi kiedyś wywrócić. Ale kto by zwracał uwagę, gdy rower pędził aż miło.
— Tło było takie: szybka jazda, więc sprawna jazda, Fuku- yama wieszczył koniec historii, ekonomiści ogłosili złoty standard wolnego rynku, rosło ciągle poza dwoma tąpnięciami. A ta piramida i tak się przewróciła, sama, jako mechanizm — skwitował Krzysztof Obłój.
I nie ma co się wierzgać, zrzucać winy na pismaków, obrażać się na wskaźniki. Padła sentencja Dalajlamy: rzeczy są, jakie są. Parafrazując: Polacy są, jacy są.
— Zbadano, że ludzie przywiązują większą wagę do straty niż zysku. A Polacy, odwrotnie niż na całym świecie, są mniej skłonni do ryzyka w chwili straty. To oznacza wycofywanie pieniędzy z TFI, z giełdy, w sytuacji gdy Amerykanin pomyślałby: "Poczekam, może jednak odbije" — podkreślał prof. Czapiński.
Na koniec, na dobry sen, powiew optymizmu, doprawiony szczyptą mądrości Wschodu č la Jacek Santorski:
— Ten kryzys potraktujmy jako akt powracania do równowagi. Przyjmijmy go spokojnie, z bólem lecz bez trwogi, żegnajmy się z pieniędzmi, które odchodzą. Szukajmy szerszej perspektywy, dopóki nas nie powali pandemia grypy, która ma zmieść 60 proc. populacji. Do tego czasu możemy szukać konstruktywnych rozwiązań — powiedział i pomachał tomiskiem "Historii filozofii" Tatarkiewicza, zalecając rozdział o stoikach.
Ktoś kichnął.
