Czytasz dzięki

Tylu kandydatów ile gwiazd na fladze

opublikowano: 02-11-2020, 22:00

Po pierwszej debacie 74-letniego Donalda Johna Trumpa z 78-letnim Josephem Robinette’m Bidenem znaczna część zszokowanych Amerykanów najchętniej zdyskwalifikowałaby obu glównych kandydatów do prezydentury.

29 września dwóch zgorzkniałych starców obrzuciło się wzajemnie politycznym błotem o wadze nienotowanej dotychczas na takim poziomie w państwach demokratycznych. 335-milionowe społeczeństwo jest jednak skazane na obdarzenie najwyższym urzędem któregoś z wymienionych, ponieważ nikt spoza republikańsko-demokratycznego duopolu nie ma szans choćby zaistnieć dłużej niż kilka sekund w telewizyjnych przekazach. Notabene w tym roku zarejestrowano aż… 50 kandydatów, czyli dokładnie tylu, ile jest od 1959 r. stanów, czyli gwiazdek na fladze.

Po pokazie wzajemnej arogancji z 29 września wielu wyborców najchętniej zdyskwalifikowałoby obu kandydatów.
Fot. Bloomberg

Wtorek po pierwszym poniedziałku listopada jest w USA terminem wyborów od 1845 r. Wtedy ustawowo wybrano porę roku po pracach polowych, lecz przed zimą, zaś dzień tygodnia — by po nabożnej niedzieli dało się dojechać konno do odległego punktu głosowania i przy okazji załatwić interesy. Od blisko dwóch wieków wyborczy wtorek w tygodniu 2-8 listopada stał się kalendarzową świętością, chociaż wszystkie stany coraz bardziej upowszechniają głosowanie wcześniejsze i korespondencyjne, co bardzo sprzyja frekwencji.

Świat nie pojmuje systemu wybierania prezydenta USA, ale dla większości Amerykanów jest on niepodważalny. Co prawda już wielokrotnie podejmowano inicjatywy jego zmiany, ale przepadały, zwłaszcza że każda poprawka do konstytucji wymaga ratyfikowania przez co najmniej 3/4 stanów (obecnie 38 z 50), co akurat w tej sprawie jest absolutnie niemożliwe. Stany to niegdysiejsze kolonie czy terytoria, a nie jakieś sztucznie skrojone województwa. Właśnie pośredni system elektorski łączy podmiotowość i dumę 50 stanów (oraz stołecznego Dystryktu Columbia, DC) z poczuciem ogólnoamerykańskiej wspólnoty. O wyborze prezydenta decyduje nie zwykła suma głosów, lecz ich rozliczenie w 51 cząstkach. Pakiety elektorskie przyznane są stanom i DC zgodnie z liczbą ludności, ale to proporcjonalność tzw. degresywna. Potężna Kalifornia dysponuje 55 głosami, Teksas ma 34, Nowy Jork i Floryda po 29 — na drugim biegunie zaś z przydziałem 3 głosów sytuują się maluchy, czyli góry Montany i Wyoming, prerie Dakoty, śniegi Alaski oraz federalny DC. Arytmetyczne spłaszczenie premiuje udział w werdykcie prezydenckim stanów małych, pomniejszając wpływ wielkich.

Zasada, że zwycięzca stanu zgarnia cały należny pakiet elektorski, nie jest zapisana w konstytucji. Ponadpartyjni elektorzy są jednak ludźmi zaufania publicznego i powinni automatycznie głosować zgodnie ze wskazaniem ich stanu. Co do zasady tak się dzieje (chociaż często znajduje się kilku oryginałów podkreślających niezależność), dlatego po dramatycznej nocy wyborczej z wtorku na środę od razu widać na mapie USA, obrazującej wyniki z 50 stanów i DC, kto zebrał co najmniej 270 spośrod 538 głosów elektorskich i został prezydentem. Cztery lata temu Hillary Clinton w głosowaniu ogólnoamerykańskim wygrała z Donaldem Trumpem z ogromną przewagą 2,87 mln głosów, jednak elektorsko była gorsza 227:304 (7 głosów wiarołomni mandatariusze oddali na… innych kandydatów). Demokratce nic nie dało nabijanie ogromnej przewagi w urnach np. w Kalifornii, gdy zaniedbała kampanię np. w Michigan, Pensylwanii i Wisconsin. Z tych trzech stanów Donald Trump uzyskał 46 mandatów elektorskich, wygrywając w nich z przewagą łączną niespełna 78 tys. głosów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane