Tym państwu już dziękujemy

Jacek Zalewski
opublikowano: 2011-03-11 00:00

Piątek 11 marca 2011 r. niewątpliwie przejdzie do kronik Unii Europejskiej. W jej strukturze nieustannego rozwoju pojawia się głęboka rysa może nie tyle zwijająca, ile na pewno stopująca. W Brukseli oficjalnie rodzi się wspólnota dwóch prędkości. Przewodniczący Herman Van Rompuy zwołał w jednym dniu odrębne zbiórki o zupełnie różnym charakterze. W południe na nadzwyczajnym szczycie Rady Europejskiej standardowy zestaw 27 szefów państw i rządów będzie radził nad Libią. Przypadek Muammara Kaddafiego rzeczywiście jest wyjątkowy, ponieważ jaskrawie obnaża hipokryzję polityki. Unijni potentaci najpierw się z nim kochali, potem zdążyli dyktatora potępić, gdy jego godziny wydawały się już policzone, a obecnie, gdy Kaddafi odrasta, wystraszeni… nie zgadzają się z własnymi ostrymi słowami.

Libijski "working lunch" potrwa ze trzy godziny, później przerwa i planowany od dawna "working dinner" na zupełnie inny temat. Wejściówki na informacyjne spotkanie strefy euro otrzymali wyłącznie prezydenci i premierzy 17 państw, w których obowiązuje wspólna waluta. We własnym gronie zajmą się koordynacją polityki gospodarczej i zwiększaniem konkurencyjności. Dziesiątka przywódców państw utrzymujących waluty narodowe usłyszy formułę zacytowaną w tytule. Ich obecność choćby w charakterze obserwatorów została wykluczona. Wytłumaczenie jest nawet logiczne — ustalenia strefy euro same w sobie nie mają mocy, zatem i tak zostaną rozpatrzone na najbliższym planowym szczycie całej Rady Europejskiej 24-25 marca.

Uczestnicy lunchu niezaproszeni na dinner przeżywają ten afront bardzo głęboko. Do czołówki zestresowanych należy Donald Tusk, któremu Nicolas Sarkozy i Angela Merkel wskazali miejsce w unijnym szyku. Nasz premier pociesza sam siebie, że ponieważ kadłubowe eurospotkanie odbywa się kilka godzin po Radzie Europejskiej, to "nie ma takiej wyraźnej separacji". A przecież gdyby nie nagła sprawa Libii, owego nadzwyczajnego szczytu w południe w ogóle by nie było i niezaproszeni nerwowo gryźliby palce w domach. Teraz będą robić dokładnie to samo w samolotach startujących z Brukseli. Który z wariantów jest mniej dołujący nie tylko politycznie, ale tak zwyczajnie po ludzku? Pytanie chyba retoryczne…