Tzw. dobra zmiana się nie wyrobiła

opublikowano: 11-09-2019, 22:00

Prawo i Sprawiedliwość w kończącej się kadencji parlamentu wycinało już najróżniejsze proceduralne hołubce.

Dzięki zdobyciu większości bezwzględnej w obu izbach wszystkie ustalenia z Nowogrodzkiej przyjmowane były dosłownie na jedno pstryknięcie prezesa. W znacznie ważniejszym Sejmie dbał o to bezwzględnie posłuszny marszałek Marek Kuchciński, co zresztą nie uchroniło go przed wyrzuceniem, gdy po aferze samolotowej stał się wizerunkowym balastem. W mojej ocenie proceduralnym gwałtem czterolecia 2015-19 było przyjęcie budżetu na 2017 r. podczas kadłubowych obrad w Sali Kolumnowej, gdy z powodu konieczności ręcznego, wielogodzinnego liczenia głosów marszałek połączył kilkaset najróżniejszych merytorycznie poprawek w… dwa głosowania.

Marszałek Elżbieta Witek wykonała kalendarzowy rozkaz szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego.
Zobacz więcej

Marszałek Elżbieta Witek wykonała kalendarzowy rozkaz szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego. Fot. Andrzej Hulimka/FORUM

Na finiszu okazało się jednak, że kreatywność tzw. dobrej zmiany w niszczeniu elementarnych zasad demokracji parlamentarnej jest niewyczerpana. Oto pożegnalne posiedzenie Sejmu, zaplanowane od dawna na 11-13 września 2019 r., zostało po jednym dniu przerwane i zakończy się we… wtorek-środę 15-16 października, czyli po wyborczej niedzieli 13 października. Wypada przypomnieć, że kadencja parlamentu trwa do północy dnia poprzedzającego zebranie się nowych składów Sejmu i Senatu. W praktyce jej dokładna długość zależy od prezydenta zwołującego inauguracyjne posiedzenia. Czasem do instrukcyjnych konstytucyjnych czterech lat głowa państwa doda kilka dni, innym razem zaś urwie. W tym roku Andrzej Duda na pewno urwie, i to aż kilkanaście dni, bo pierwszych posiedzeń w kadencji 2019-23 można spodziewać się nawet przed Wszystkimi Świętymi, gdy kadencja 2015-19 zaczęła się 12 listopada. W każdym razie stare składy posłów i senatorów oczywiście mogą po 13 października obradować.

Konstytucyjny przepis ma jednak swój cel, chodzi po prostu o ciągłość parlamentu na wypadek np. stanu wojennego lub wyjątkowego. Nigdy w dziejach III Rzeczypospolitej w normalnych warunkach żadnej rządzącej opcji nie przyszło do głowy, by konstytucyjną tratwę ratunkową przewidzianą na czarną godzinę wykorzystywać w charakterze partyjnego podnóżka. Przyczyna tej szokującej zagrywki PiS na koniec kadencji jest bardzo prozaiczna, tym razem akurat nie spiskowa — po prostu ekipa tzw. dobrej zmiany nie wyrobiła się ze sfinalizowaniem ustaw na posiedzeniu 11-13 września. Uznano, że tym razem nie uda się fizycznie przeforsować ich w Sejmie na wariata do piątku. Zorganizowanie dodatkowego posiedzenia za tydzień lub dwa faktycznie zakłóciłoby plany kampanii, i to wszystkim stronom. W tej sytuacji wymyślono, że będą zbierały się tylko komisje, a wszystko zostanie przegłosowane dopiero 15-16 października. Oczywiście ten plan wymaga zwołania także powyborczego posiedzenia starego Senatu, który potulnie podejmie uchwały o puszczeniu ustaw bez poprawek.

Odrębnym tematem jest gorączkowe szukanie uzasadnienia tego rekordowego w III RP skoku proceduralnego na konstytucyjne reguły. Marszałek Elżbieta Witek całkiem zaplątała się w zeznaniach, opowiadając o jakichś posłach… opozycji, proszących o takie rozwiązanie terminowe, ponieważ akurat czwartek-piątek 12-13 września były im niezbędne do prowadzenia w terenie kampanii wyborczej. Nie wiem, jak brzmi żeńska forma od imienia Pinokio, ale nos niedawno wybranej marszałek wydłużał się z każdym słowem…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu