Ubiór na obstalunek

Agnieszka Janas
27-06-2003, 00:00

Co cenią i kogo? Dlaczego zdecydowali się zająć profesją, która zjednuje im klientów także wśród ludzi z pierwszych stron gazet? Górę wzięły tradycje czy może chłodna kalkulacja? O sobie i swej pracy mówią Państwu ci, o których słychać dziś w Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Warszawie. Całej Polsce.

Jerzy Turbasa

Orły są szare

Kraków. Taksówka pod Dworcem Głównym. Adres? Pojedziemy na ulicę Gertrudy 15.

— Do pana Turbasy? Z Warszawy Pani przyjechała? Na jaką okazję będzie Pani szyła ubranie? — kipi ciekawością taksówkarz. — No, do pana Turbasy to często różne osoby już woziłem!

Do pracowni przy Plantach nie jedziemy długo. Niedaleko z niej do jednego z najstarszych kin w Polsce — „Wandy”, którą niedawno zamknięto. I paręset metrów do Wawelu.

Architekt przy pracy

— Przygoda z krawiectwem i prowadzeniem firmy zaczęła się dzięki architekturze. No i wpływ dzieciństwa, rzecz jasna... Firma ojca istnieje już przecież 56 lat. Kiedyś była po prostu fragmentem mieszkania. Dlatego wychowałem się wśród guzików i szpulek na nici. Później wybrałem architekturę. Praca dyplomowa, pierwsza w historii wydziału prezentująca zrealizowany według projektu studenta dom, dostała wyróżnienie. To był 1978 rok. Zostałem na uczelni, bo prof. Andrzej Skoczek zaproponował mi pracę — zaczyna opowieść Jerzy Turbasa.

Ukochanej architektury nie zarzucił nigdy. Projektował nagrobki, rezydencje w Krakowie i Warszawie, wnętrza kawiarni przy Rynku... Przysłużył się też odnowie parku Strzeleckiego i był autorem — ustawionego tam — pomnika Jana Pawła II.

— To pomnik bardzo krakowski. Myślimy tu o Ojcu Świętym nie jako dostojniku Kościoła, ale twórcy kolorytu naszego grodu — dopowiada Jerzy Turbasa.

— Architektura... Nie można było zaprzepaścić tradycji, jaką stworzył ojciec. To postać niezwykła, o jakich Francuzi mawiają, że ma 6 palców u dłoni. Sam Pierre Cardin zaproponował mu pracę krojczego... Tato stworzył nowe techniki wykonawcze i niezrównany sznyt. Czułem, że moje wykształcenie świetnie do tego zawodu przygotowuje. Po architekturze jest Gianfranco Ferre, a wielki Chistian Dior zawsze o niej marzył i tylko przeszkody rodzinnej natury zniweczyły jego plany — zamyśla się na chwilę.

Starannie dobiera argumenty, by jasno wytłumaczyć, dlaczego zdecydował się poprowadzić pracownię krawiecką.

— Decyzja zbiegła się z mentalną rewolucją. Wielcy projektanci uważani są dziś za bożyszcza, przyjaźnią się z nimi koronowane głowy. Modelki stają się gwiazdami... A przecież nie tak dawno jeszcze krawców uważano za nierównych towarzysko! Gdy ktoś pyta mnie o zawód, pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to projektant. Bo łączy wszystkie dziedziny, które uprawiam — odpowiada.

Podkreśla: za każdym razem posługuje się proporcjami, smakiem, gustem. Zmienia tylko materię.

— W architekturze formy są trwałe. A w świecie zapinanym na guziki mamy do czynienia z delikatnym i dynamicznym materiałem. Człowiekiem — wyjaśnia Jerzy Turbasa.

Człowiek w ramie

Czym jest ubranie dla krawca, którego rękodzieła trafiły na ramiona Anny Polony, Macieja Słomczyńskiego, Antoniego Dziatkowiaka, świetnie leżą na Andrzeju Wajdzie czy prezydencie Aleksandrze Kwaśniewskim?

— Po 1989 roku kostium i garnitur stały się narzędziami pracy. Pozwalają stworzyć wizerunek odpowiedni do formatu osobowości oraz wykonywanego zawodu. Pomagają sprawiać korzystne pierwsze wrażenie. Wiedzą o tym dyplomaci i menedżerowie, ale i chowający się w ubiór hochsztaplerzy. Istotna jest nie tylko wygoda „drugiej skóry”, ale krój, odszycie i uderzająca naturalnością elegancja. Przecież każdemu można optycznie „ukraść” 15-20 kg, podkreślić, co korzystne w sylwetce i zatuszować niedoskonałości, zmierzając w kierunki sylwetki doskonałej. Tylko ten, kto wie, jak oszukać bezwładność oka, może zostać dobrym krawcem — mówi Jerzy Turbasa.

Sam projektuje i formuje w pracowni swe pomysły — po to, by firma cieszyła się nienaganną opinią i świetną marką.

— To nie fanaberia i drobiazgowość, lecz instynkt samozachowawczy, elementarna solidność i wierność tradycji. Krawcy, którzy dogadzając niewyrobionym gustom klientów wykonywali bez szemrania powierzone zamówienia, zniknęli z rynku. Zanim zaproponuję fason, krój, najwłaściwszą tkaninę, muszę poznać osobowość klientki czy klienta i przeznaczenie ubioru. Poświęcam równą uwagę postaciom z pierwszych stron gazet, jak ludziom z ulicy. Bo każdy klient ma być słupem ogłoszeniowym dokonań firmy. Jeśli ktoś specjalnie się upiera, bym był wierny jego wizji, sprzecznej z zasadami formy, proponuję żartem, aby dostarczył metkę ze swoim nazwiskiem, którą doszyjemy do ubrania. Bo ja nie mam zamiaru firmować marnych efektów... — w słowach Jerzego Turbasy — prócz ironii — brzmi stanowczość.

Trzeba spokojnie wytłumaczyć — tak by nikogo nie urazić — dlaczego proponowany model nie pasuje. A jeśli rozmówca się upiera i nie chce przyjąć do wiadomości argumentów projektanta?

— Na szczęście stać mnie, mentalnościowo oczywiście, by zrezygnować z takiej współpracy — ucina Jerzy Turbasa.

Podkreśla zamiłowanie do kanonów elegancji, wywodzących się ze „starej dobrej Anglii”.

— Orły są szare. To papuga musi być kolorowa, ściągać na siebie uwagę. Człowiek elegancki podkreśla dyskretnie, co w nim najlepsze i jest ubrany stosownie do okoliczności. Większość domów mody utraciła płynność finansową, tak jak kontakt z rzeczywistością. Na pokazach proponuje się fanaberie, aby szokować media. Co innego zaś proponuje się w salonach, a domy mody utrzymują się ze sprzedaży perfum. W epoce internetu liczy się pragmatyka. Dlatego nosimy miękkie garnitury, a panie — kostiumy. W krynolinie nie da się przecież prowadzić samochodu! — uśmiecha się Jerzy Turbasa. Tych zasad chciał nauczyć czytelników swojej książki „ABC męskiej elegancji”. Taka też myśl przyświeca przygotowywanej publikacji (już na ukończeniu), poświęconej modzie i elegancji kobiety w świecie biznesu.

Dziesiątka

Bezkompromisowy, gdy idzie o jakość. Dlatego niełatwo mu o pracowników i kolegów po fachu.

— Nie kochają nas z ojcem w cechu krakowskich krawców... Nawet się nas pozbyli. Nie mam zatem kolegów, zresztą chyba ich nie potrzebuję, nie jestem zwierzęciem stadnym — głos po raz pierwszy i ostatni staje się ostry. I zaraz się zmienia, łagodnieje, gdy pytam o krawców, zatrudnionych w pracowni.

— Artyści! Proszę mi wierzyć — niewielu takich w Europie! — ocenia.

Jerzy Turbasa sam kroi. Potem pracownik otrzymuje wszystkie dodatki i jego zręczne palce sprawiają, że powstaje żakiet, płaszcz, garnitur, frak czy pelisa.

— U mnie nie ma podziału pracy jak w szwalniach, gdzie jeden szyje rękawy, a ktoś inny — klapy. Pracownik sam nadaje sztukom piętno swego talentu. Aby znaleźć się w naszym gronie, potrzeba nie tylko złotych rąk, ale także inteligencji zawodowej, pozwalającej w lot się porozumieć. To czyste rękodzieło, wykonywane jednakże najnowocześniejszymi technikami — wyjaśnia projektant.

Podkreśla, że choć starczyłoby zamówień dla większej liczby pracowników, nie zamierza powiększać 10-osobowego składu pracowni.

— Chodzi o subtelną granicę między jakością a liczbą zamówień, by dramatycznie nie spadła ich klasa! Trudno ocenić, gdzie ta linia przebiega... I dlatego na to uważam — objaśnia Jerzy Turbasa.

Ile trzeba zapłacić za odzienie firmy „J. Turbasa”?

— Zależy od kroju, wkładu pracy i tkaniny. Kostiumy czy garnitur szyjemy od 60 do 180 godzin. Zamówienia są rozmaite... U nas powstała pelisa z lampartów, haftowany frak do Akademii Francuskiej Andrzeja Wajdy, frak dla noblisty... Każda praca miała inną cenę! — stara się wytłumaczyć brak jednoznacznej odpowiedzi Jerzy Turbasa.

Fakt, nie jest tanio. Pewność dobrej ręcznej roboty, sława i niezawodność marki — jak zawsze — mają swoją cenę.

Janusz i Tomasz Wiśniewscy

Marynarz poza domem

Ze zdjęcia w internecie uśmiechają się ojciec i syn pochyleni nad tkaniną. Wiśniewscy. Patrzymy na trzecie i czwarte pokolenie krawców z Trójmiasta.

Na stronach pracowni widać i ściągawkę, jak prawidłowo ustalić własne rozmiary.

— I tam staram się zaszczepić ludziom zrozumienie zasad ubierania. Już od liceum należałoby wprowadzić trochę zajęć, poświęconych elegancji — podsumowuje Janusz Wiśniewski (ojciec), prowadzący w Gdyni Pracownię Krawiecką kat. S.

Pokolenia

— Pracownie mieli i ojciec, i jego brat. Ukończyłem technikum weterynaryjne. W socjalizmie prywatna inicjatywa była podejrzana, a krawca traktowano pobłażliwe. Wtedy wstydziłem się pochodzenia. Zacząłem terminować u wuja, gdy po szkole stanąłem przed wyborem: albo pracownia, albo nakaz pracy w nieciekawym miejscu — wspomina 62-letni Janusz Wiśniewski.

Takich dylematów nie miał 32-letni syn, Tomasz.

— Z pracownią taty wiążą mnie najlepsze wspomnienia. Skończyłem szkołę ekonomiczną, ale właściwie od początku, poza krótkimi epizodami, zajmuję się krawiectwem. Jestem i zawsze byłem dumny z rodzinnej tradycji! — opowiada Tomasz Wiśniewski, prowadzący w Warszawie filię gdyńskiej pracowni ojca.

Warszawa-Gdynia

Warszawska filia zakładu powstała we wrześniu 2002 roku — na życzenie klientów: polityków, biznesmenów i parlamentarzystów.

— Nie mieli czasu przyjeżdżać do Gdyni, a tacie coraz trudniej było podróżować. W stolicy bierzemy więc miarę, ustalamy kolor i fason ubioru, dobieramy tkaninę. Ubranie szyjemy na Wybrzeżu — pod czujnym okiem taty, który sam kroi i nadaje ubraniu formę. W stolicy jestem doradcą i menedżerem. Krawcem staję się w rodzinnej pracowni — mówi Tomasz Wiśniewski. — Często brakuje mi ojca — czuję się tu takim marynarzem, czekającym na powrót do rodzinnego portu.

Właściciele nie chcą opowiadać o klientach.

— Mogę co najwyżej pochwalić się naszym przyjacielem, biznesmenem Adamem Baczyńskim czy niezwykle barwną i sympatyczną postacią Olivierem Boudon, kucharzem Madonny, któremu szyliśmy niezmiernie fantazyjne i godne artystycznej duszy ubrania. Do korzystania z naszych usług przyznaje się też znany prawnik mecenas Michał Tomczak — Tomasz Wiśniewski właściwie unika odpowiedzi.

Nieoficjalne informacje, plotki krążące wśród wybrzeżan zamieszkałych w stolicy pozwalają dodać do tej listy braci Kaczyńskich, Macieja Płażyńskiego i Lecha Wałęsę.

— Nasze ceny (garnitur kosztuje w granicach 2-2,5 tys. zł) nie są chyba dla klientów szokujące. Wykonamy każde zlecenie, choć staramy się klientom doradzać — opowiada Janusz Wiśniewski.

Obaj Wiśniewscy podkreślają przywiązanie do angielskiej klasyki, śmiejąc się, że do garnituru „nie przyszyje się skrzydeł”.

Bez fabryki

Pracownia zatrudnia tuzin pracowników.

— Moglibyśmy przyjąć więcej uczniów, ale dziś młodzi wolą szukać łatwiejszego zarobku niż ciężko pracować w pracowni — smutno zauważa Janusz Wiśniewski.

— Już kilkakrotnie namawiano ojca, by — wykorzystując renomę zakładu — otworzył fabrykę, szyjącą limitowane serie. Szanuję go za to, że nigdy nie chciał się na to zgodzić. Może to banalne porównanie, ale jesteśmy jak ostatni Mohikanie, broniący tradycji rzemiosła i jakości szytych ubrań — przekonuje syn mistrza z Gdyni.

Bogdan Zieniewicz

Manufaktura i rękodzieło

Butik Twins w warszawskim hotelu Bristol wabi eleganckimi ubraniami na manekinach i atmosferą, przypominającą garderobę dżentelmena. To detale wywarły wrażenie na Stevenie Seagalu, amerykańskiej gwieździe kina akcji. Podczas wizyty w Polsce we Wrocławiu właśnie zamówił dwa garnitury.

Bogdan Zieniewicz, prezes Twins Company International, nie jest krawcem. Tworzy styl i zarządza spółką.

— O pracy w branży odzieżowej zadecydowała pasja — jak często w przypadku innych osób, które nie pozostały w wyuczonym zawodzie. Skończyłem wrocławski AWF. 15 lat zdobywałem menedżerskie doświadczenie — w Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Poznałem firmy i ludzi z czołówki świata męskiej mody — opowiada Bogdan Zieniewicz.

Był rok 1989. Wielkie zmiany w Polsce. Wtedy to zawiązała się spółka, której właścicielami są Bogdan Zieniewicz i Adam Rutkowski. To jedyny w Polsce producent na wielką skalę szytych ręcznie i na miarę garniturów, marynarek, spodni i płaszczy.

Angielski styl

Zanim odzież z metką Twins włożyli na siebie Jan Nowak-Jeziorański, Andrzej Olechowski, Adam Hanuszkiewicz, Iwo Byczewski czy Gene Gutowski, spółka zyskała uznanie jako wykonawca kolekcji, zaprojektowanych przez sławy klasycznej mody męskiej.

— Nasze garnitury i marynarki były — i są — sprzedawane na całym świecie pod marką Regent. W domach towarowych Harrod’sa w Londynie klienci płacą za nie po kilka tysięcy funtów! Wieść o nas dotarła do Polski... Tak zaczęli do nas trafiać najpierw pracujący w Polsce obcokrajowy. Ich śladem przyszli polscy menedżerowie, politycy i artyści. Ta sama jakość i technologia, a cena — konkurencyjna! — analizuje przyczyny sukcesu prezes Twins.

— Pod marką Regent ubieramy Helmutha Kohla, kanclerza Gerharda Schroedera czy Michaiła Gorbaczowa, choć sami może o tym nawet nie wiedzą, że szyje dla nich polska firma — dodaje.

Siła manufaktury

260 ludzi pracuje nad tym, by ubrany przez nich mężczyzna prezentował się elegancko i modnie.

— Stworzyliśmy liczącą się w świecie firmę, zespół specjalistów i markę wzbudzającą szacunek konkurentów. W 10 lat osiągnęliśmy to, co innym markowym firmom zabrało trzy pokolenia! — Bodgan Zieniewicz nie kryje dumy.

Choć zakład szyje na dużą skalę, to dba jednak, by najważniejsze etapy produkcji odzieży wykonano ręcznie. To — zdaniem współwłaściciela spółki — odróżnia Twins nawet od najlepszych fabryk odzieżowych.

— Tkaninę kroi się ręcznie — aby umiejętnie wykorzystać jej naturalne właściwości, idealnie dopasować desenie w miejscach łączeń i przystosować ubiór do sylwetki. Ręcznie wykańcza się też takie elementy marynarki jak: dziurki, kanty, listwy kieszeni, wnętrze rękawa i doły podszewki. Także kołnierz jest stebnowany i przyszywa nie maszyna, tylko ręka. I guziki. Nasz sposób tworzenia porównałbym do technik szycia, pochodzących z najlepszych studiów krawieckich londyńskiej Saville Row — podkreśla Bogdan Zieniewicz.

Mężczyzna i moda

Według Bogdana Zieniewicza, w elitarnej modzie męskiej, inaczej niż w damskiej, mniejsze znaczenie mają kreatorzy.

— Dlatego na pytanie, czym jest moda, odpowiem: umiejętnością połączenia tego, co klasyczne z odrobiną czegoś nowego — co sprawi, że wzbogacona klasyka nadal respektować będzie zasady. Classic nouveau — coś, co bardzo mi się podoba w sztuce, staram się przenieść na modę. W męskiej marynarce nie ma możliwości rewolucyjnych zmian, ale — na przykład — można (przez niekonwencjonalne szczegóły) uzyskać jej nowy obraz — wyjaśnia prezes Twins.

Akcentuje, że w jego firmie powstają garnitury jakością przewyższające nawet najlepszy produkt zakładu krawieckiego oferującego szycie na miarę.

— Nasz atut to połączenie unikatowej technologii tradycyjnego krawiectwa z maszynami i urządzeniami najnowszej generacji. Samo żelazko krawca już tu nie wystarczy... Przez udział w prestiżowych targach mody we Włoszech, Francji i Anglii mamy dostęp do najlepszych producentów tkanin i dodatków. Takich firm jak Twins jest w Europie zaledwie pięć; tylko dwie, my i Regent, szyją marynarki z jersey’u. Nigdy nie złamiemy kanonów prawdziwej klasyki. Od tego jest Jean Paul Gaultier! — twierdzi Bogdan Zieniewicz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Janas

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Ubiór na obstalunek