Polska chce na ten cel przekazać 10 proc. dochodów ze sprzedaży nadwyżek uprawnień do emisji CO2 (tzw. AAU's), czyli do 60 mln euro, jak powiedział po szczycie premier Donald Tusk. "Przyjęto to z uznaniem" - podkreślił.
Finansowe wsparcie dla krajów najuboższych jest kluczowe dla porozumienia na trwającej w Kopenhadze światowej konferencji klimatycznej. UE bierze na siebie około jednej trzeciej kosztów wsparcia najuboższych krajów w latach 2010-2012. Ich łączne potrzeby w tym okresie, które muszą być sfinansowane jeszcze przez inne uprzemysłowione potęgi, jak USA czy Japonia, szacuje się na 21 mld euro.
"Pokazujemy nasze przywództwo w ochronie klimatu, biorąc na siebie sprawiedliwą część, ale wzywamy inne kraje, by także wyszły z porównywalnymi ofertami" - apelował Reinfeldt.
Hojna oferta ma przekonać kraje najuboższe do poparcia ambitnego porozumienia w Kopenhadze, które UE umożliwi przejście z uzgodnionych wcześniej 20 do 30 proc. redukcji emisji CO2 do roku 2020. UE podtrzymała warunek, że na podobny wysiłek muszą się zdobyć inne kraje rozwinięte. Największe oczekiwania ma pod adresem USA, które zapowiadają redukcje zaledwie o ok. 4 proc. do roku 2020 w porównaniu z rokiem 1990.
Premier Donald Tusk powiedział, że Polska jest gotowa uczestniczyć w projekcie redukcji emisji CO2 o 30 proc., ale - jak zastrzegł - strona polska będzie ten projekt dostosowywać do realnych możliwości naszego kraju w dłuższym okresie. "Zakładamy, że realnie obniżymy redukcję, kiedy będziemy mogli wymienić energetykę węglową na jądrową, po 2020 roku" - powiedział premier. Zapewnił, że strona polska nie będzie "hamulcowym", jeśli chodzi o mądre projekty redukcji emisji CO2.
"Nie możemy i nie chcemy hamować procesu redukcji emisji CO2, musimy chronić elementarne interesy Polaków. Zakładamy, że bardziej aktywny udział Polski w redukcji CO2 na poziomie 30 proc. możliwy będzie w latach 2020-2030" - zaznaczył.
Na luty przyszłego roku przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso zapowiedział nadzwyczajny, nieformalny szczyt poświęcony koordynacji strategii wychodzenia krajów UE z kryzysu. Ma to otworzyć drogę do przyjęcia na marcowym szczycie w Brukseli nowej unijnej strategii wzrostu gospodarczego do roku 2020, zwanej "EU 2020".
Ale już na tym szczycie przywódcy rozmawiali o sprawach gospodarczych. Francusko-brytyjski pomysł 50-procentowego opodatkowania premii dla bankierów nie zdobył powszechnego poparcia. Przywódcy zaapelowali jedynie do sektora o "bezzwłoczne wdrożenie racjonalnych praktyk w zakresie wynagrodzeń". Ponadto wezwali Międzynarodowy Fundusz Walutowy do przeanalizowania "systemu globalnych opłat od podatków finansowych".
We wnioskach końcowych przywódcy zatwierdzili uzgodnione w poniedziałek przez ministrów spraw zagranicznych uwagi co do każdego kraju kandydującego do UE. To oznacza, że wbrew rekomendacjom Komisji Europejskiej nadal odwleka się "do pierwszej połowy 2010 roku" decyzję o otwarciu negocjacji z Macedonią, z powodu sporu polityczno-semantycznego tej byłej jugosłowiańskiej republiki z Grecją o używaną nazwę "Macedonia". Nie ma też konkretnej daty zakończenia negocjacji i wejścia do UE najbardziej zaawansowanej Chorwacji.
Szczyt przyjął ponadto program sztokholmski, czyli obejmujący lata 2010-14 program zacieśniania współpracy w dziedzinie azylu, imigracji, sprawiedliwości i praw podstawowych, także przyjęty wcześniej przez ministrów. Podkreśla się w nim potrzebę dalszej liberalizacji wizowej w Europie, zwłaszcza dla biznesmenów, studentów, naukowców i pracowników, pod warunkiem jednak, że UE i kraje członkowskie zagwarantują bezpieczeństwo dla własnych obywateli. A to oznacza zintegrowane zarządzanie granicami oraz polityką wizową.
Przywódcy zaapelowali też do KE o przygotowanie całościowego przeglądu w sprawie reformy budżetu UE pod kątem zarówno wydatków, jak i źródeł finansowania unijnej kasy. Chcą też, żeby najpóźniej do lipca 2011 KE przedstawiła propozycję następnych wieloletnich ram finansowych UE. Apel ten dotyczy polskiego komisarza Janusza Lewandowskiego, który w nowej KE będzie odpowiadał właśnie za budżet. "To termin do przyjęcia dla Polski, liczę na dobrą współpracę z komisarzem ds. budżetu" - powiedział Tusk.
Premier poinformował w Brukseli, że Polska nie zgadza się na 3,7-procentową podwyżkę wynagrodzeń brukselskich urzędników.
Chodzi o podwyżki zaproponowane przez Komisję Europejską i wynikające z automatycznej indeksacji wynagrodzeń. Choć kwestia podwyżki nie pojawiła się bezpośrednio na posiedzeniu przywódców, to ewentualność jej przyznania w czasach kryzysu, gdy wiele państw tnie zarobki krajowym urzędnikom, była tematem rozmów kuluarowych. Tymczasem związki zawodowe w unijnych instytucjach zagroziły strajkami, jeśli nie dojdzie do podwyżek.
Tusk przyznał, że jest świadomy tego, iż postawa Polski nie wzbudzi "żywiołowej pasji ze strony niektórych urzędników". "Ale mam dosyć hipokryzji. Na szczycie na poziomie przywódców państw wszyscy mówią: nie ma mowy o mnożeniu wydatków, jest kryzys. A później gdzieś po cichu ten proces postępuje. Więc tutaj do końca będziemy uparci" - podkreślił.
Sprawa podwyżek dla eurokratów zrobiła się na tyle kontrowersyjna, że już trzy spotkania ambasadorów państw członkowskich w Brukseli nie przyniosły rozwiązania. Decyzja powinna zapaść przed końcem roku większością kwalifikowaną.
Donald Tusk pozytywnie wypowiedział się o nowej, wprowadzonej w Traktacie z Lizbony zasadzie, że przy stole podczas szczytu UE dla każdego kraju przewidziane jest tylko jedno krzesło - dla głowy państwa lub szefa rządu. Zapewnił, że porozumie się w tej sprawie z prezydentem.
"Jedno krzesło ma tę zaletę, że narady są krótsze i jest większa koncentracja. To wynika z zapisu Traktatu z Lizbony i co do tej zasady wszyscy się zgodzili. Spotkania będą intensywniejsze, jeśli chodzi o tempo, bardziej polityczne i merytoryczne" - powiedział premier po zakończeniu szczytu.(PAP)