Ulica Paryska na Francuskiej

Agnieszka Rodowicz
30-03-2017, 22:00

Dwadzieścia lat temu Dimitri Simon przyjechał z Paryża do Polski z przekonaniem, że pokaże tu wszystkim, jak się robi interesy. Dostał prztyczka w nos, ale się nie poddał. W Warszawie spotkał przyszłą żonę i ludzi, z którymi stworzył sieć francuskich kawiarni. Dziś kieruje nią m.in. Monika Lasek, udziałowczyni w Rue de Paris.

W 1997 r. Dimitri Simon, Francuz świeżo po studiach biznesowych, chciał spróbować swoich sił i otworzyć kawiarnię. W kraju nad Sekwaną byłoby to trudne ze względu na ogromną konkurencję. Wydawało mu się, że w Polsce pójdzie jak z płatka. Rynek niedawno się tu otworzył, więc Francuz sądził, że jako człowiek Zachodu będzie ekspertem.

ekspansja w stolicy.
Wyświetl galerię [1/3]

ekspansja w stolicy.

Chcemy być jak najmniej zależni od zewnętrznych dostawców. Dowożenia naszych wyrobów byłoby zbyt skomplikowane, a inwestycja w kolejny lokal z produkcją przekracza nasze możliwości finansowe. A poza tym są jeszcze w Warszawie miejsca, gdzie nas nie ma - wyjaśnia Monika Lasek, menedżerka i udziałowczyni w sieci Rue de Paris Marek Wiśniewski

— Okazało się, że pielgrzymki po urzędach, papierologia, inne zwyczaje były szkołą równie dobrą jak wyższe studia w Paryżu — opowiada Monika Lasek, menedżerka i udziałowczyni w firmie Simona.

Francuz nie zraził się jednak, przyjął lekcję z pokorą i w 1998 r. otworzył pierwszą kawiarnię — w warszawskim centrum handlowym Sadyba Best Mall. Nie było tam jeszcze żadnego lokalu. Biznesmen smażył francuskie naleśniki, Renata, jego polska żona, stanęła przy kasie.

Francuz kręci rogaliki

Kawiarnio-naleśnikarnia Rue de Paris była wielkim sukcesem. Z czasem jednak w centrum handlowym pojawiły się inne lokale, ruch w knajpce zmalał. Okazało się, że właściciele nie są w stanie się utrzymać.

— Uznaliśmy też, że centra handlowe nie są dobre dla naszych kawiarni. Nie tylko z powodu wysokiego czynszu, ale też dlatego, że brakuje tam odpowiedniej atmosfery. Ludzie przychodzą do nas odpocząć, pogadać, sprawić sobie trochę przyjemności. Potrzebują intymności i indywidualnego podejścia. W centrum handlowym o to trudno — mówi Monika Lasek.

Dimitri Simon kupił i wyremontował lokal przy ul. Chałubińskiego. Tu Rue de Paris działa do dzisiaj. Wrócił na jakiś czas do Francji, by nauczyć się piekarnictwa. Po powrocie zaczął ręcznie wyrabiać, wałkować i formować rogaliki migdałowe, croissanty, tarty, palmiery, brioszki. Piekł je w malutkim piecu w piwnicy przy Chałubińskiego.

Z czasem przeniósł się do wynajętego garażu na Saskiej Kępie, a w końcu wynajął przestronną pracownię, w której dzisiaj zatrudnia kilkanaście osób. Jego pieczywo sprzedaje się w już pięciu kawiarniach Rue de Paris w Warszawie, a także w innych kafejkach, hotelach i sklepach. Początkowo właściciel był też przedstawicielem handlowym, zaopatrzeniowcem i dostawcą towaru. A jego żona księgową. Pracowali na okrągło.

Udział za zaangażowanie

Firma zwiększała obroty i zatrudnienie. Kariera Moniki Lasek zaczęła się w niej jednak niefortunnie. — Dziesięć lat temu dostałam pracę w kawiarni, która już nie istnieje — przy placu Zawiszy — opowiada menedżerka. Przeszła trzydniowe szkolenia, nauczyła się kręcić ciasto na naleśniki, robić kanapki, parzyć kawę. Została oddelegowana do lokalu na Chałubińskiego, gdzie był ogromny ruch. Po pierwszym dniu menedżerka uznała jednak, że Monika Lasek nie nadaje się pracy.

— Po tym, jak przez dziewięć godzin stałam na zmywaku, chciała mnie zwolnić. Teraz żartuję, że nigdy jej tego nie zapomnę, ale wtedy nie było mi do śmiechu — mówi Monika Lasek. Na szczęście potrzebny był ktoś do otwartego niedawno lokalu na Francuskiej. Tam się zadomowiła. Spadały na nią kolejne obowiązki. Simon mówił, że nie chce, by się znudziła, bo odejdzie. Popełniała mnóstwo błędów, ale szef wybaczał. Dzięki temu Monika Lasek nauczyła się, jak działa ten biznes. — Szef nauczył mnie przede wszystkim, by słuchać gości. Bo to dla nich robimy kawiarnię. Nie dla pieniędzy. Pieniądze są efektem tego, że dobrze to robimy — opowiada menedżerka. Pracowała w produkcji i w biurze, ale najbardziej lubi kawiarnię i do dziś często staje za barem. — Dzięki temu wiem, jakie są potrzeby i problemy. Poza tym bardzo lubię parzyć kawę, pogadać z gośćmi. To dla mnie sama przyjemność i relaks po godzinach spędzonych nad raportami — wyjaśnia Monika Lasek. Z czasem Dimitri Simon coraz częściej wyjeżdżał do Francji, gdzie rozkręcił inny biznes. Nosił się z zamiarem sprzedania firmy w Polsce. — Gdy mi o tym powiedział, oboje zaczęliśmy płakać — wspomina Monika Lasek. Ostatecznie pięć lat temu Francuz wybrał z personelu osoby najbardziej zaangażowane.

— Obdzielił nas udziałami i przekazał uprawnienia, byśmy mogli podejmować decyzje. To była najlepsza nagroda po latach pracy — mówi Monika Lasek. Szef zakomunikował tym samym, że kawiarnie Rue de Paris i produkcja Croissant d’Or to ich wspólne dzieło. Agnieszka Głos prowadzi biuro, Marek Laszczka odpowiada za produkcję, a Monika Lasek nadzoruje wszystkie kawiarnie.

Nie sieciówka, choć sieć

— Mamy pięć lokali pod szyldem Rue de Paris, ale nie lubimy, gdy nazywa się nas sieciówką. Bo nią nie jesteśmy — twierdzi Monika Lasek. Każda kawiarnia (przy Chałubińskiego, Francuskiej, w Bibliotece Uniwersyteckiej, przy Tamce i Środkowej) ma inny wystrój, nieco inne menu, ceny i oczekuje innych gości. W zasadzie zresztą żadna nie jest prawdziwą kawiarnią, ponieważ poza kawą oferują zupy, tarty, naleśniki.

Mają też smoothies, herbaty, czekoladę, kanapki, ciasta i tarty. Główne menu jest wspólne, ale o reszcie decydują goście. Na przykład przy Chałubińskiego od lat na śniadania podaje się omlety, które w innych lokalach się nie przyjęły. Kawy alternatywne spodobały się tylko przy Środkowej na Pradze i przy Tamce. Do lokalu przy BUW-ie przychodzą głównie studenci prawa i lingwistyki, a przy Tamce — studenci Akademii Sztuk Pięknych.

Z kolei przy Chałubińskiego gośćmi są przede wszystkim pracownicy pobliskiego biurowca, studenci medycyny i informatyki. Głównie zagraniczni. Wspólne jest to, że w lokalach nie ma podziału ról. Każdy zajmuje się po trosze wszystkim. Osoby na wyższych stanowiskach mają dodatkowe obowiązki: sporządzanie raportów, składanie zamówień, dbanie o marże i koszt personelu. Ale Monika Lasek i inne menedżerki regularnie pracują także za barem, sprzątają, zmywają. By nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

— Sami też remontujemy lokale. Razem z prezesem skuwałam tynki w pomieszczeniach po dawnym warsztacie wulkanizacyjnym na Pradze, gdzie otworzyliśmy ostatnią kawiarnię. Wystrój powstaje podczas remontu w związku z tym, co wyłania się spod tynku lub płyt gipsowych — wyjaśnia Monika Lasek. Wspólne jest też to, że we wszystkich kawiarniach pracują same kobiety.

— Mężczyźni zupełnie się nie sprawdzili. Byli leniwi. Jeden spał na worku mąki w godzinach pracy, inny wykorzystywał kobiety, by mniej robić. Mężczyźni pracują natomiast w produkcji, bo to ciężka fizyczna praca, jako że nadal wszystko robimy ręcznie — mówi menedżerka. Na początku roku trzy osoby zarządzające firmą spotykają się z Simonem i robią plany.

— A potem szef nagle dzwoni i mówi: „Moniko, znalazłem lokal!”. Oglądamy go i jeśli to jest to, otwieramy kawiarnię. Spontanicznie — opowiada Monika Lasek. Przy Środkowej remont trwał mniej więcej miesiąc. Ale lokal przy Tamce otworzyli w ciągu dwóch dni, nie zmieniając wystroju po poprzedniej kawiarni. Potem powoli, obserwując, kto przychodzi, jaki jest potencjał miejsca, wprowadzali zmiany po nocach.

Jak Rue de Paris, to tylko w Warszawie

Był pomysł, żeby otworzyć kawiarnię także w innym mieście, ale szybko upadł.

— Chcemy być jak najmniej zależni od zewnętrznych dostawców. Dowożenie naszych wyrobów byłoby zbyt skomplikowane, a inwestycja w kolejny lokal z produkcją przekracza nasze możliwości finansowe. A poza tym są jeszcze w Warszawie miejsca, gdzie nas nie ma. Miasto nas potrzebuje — wyjaśnia Monika Lasek. Trudno powiedzieć, ile przez dwadzieścia lat Dimitri Simon zainwestował w swój polski biznes.

— Otwarcie jednego lokalu kosztuje między trzema a kilkudziesięcioma tysiącami złotych. Ale to tylko początek. Potem wciąż się dokłada — mówi menedżerka. Oczywiście każdy lokal zarabia na te inwestycje. Pomaga to, że kawiarni jest pięć. Gdy jedna zaczyna i jeszcze na siebie nie zarabia, dokłada się do niej z zysku pozostałych. Dłużej lub krócej.

— Z tym jest bardzo różnie. W lokalu przy BUW-ie od pierwszego dnia był ruch. Na Tamce minął rok czy dwa, zanim kawiarnia zaczęła na siebie zarabiać. Teraz rozkręca się Środkowa. Rozwijamy się bardzo powoli, organicznie. Reklama też robi się sama. Pocztą pantoflową — wyjaśnia Monika Lasek.

Dimitri Simon wpada co jakiś czas do Warszawy, patrzy na biznes świeżym okiem i robi rewolucję. Ale jest też otwarty na sugestie i pomysły personelu. Właśnie dlatego, że na co dzień nie ma go na miejscu i nie we wszystkim się orientuje.

— Na początku na przykład szef nieco się krzywił na zdrową żywność, dania wegetariańskie, bezglutenowe. Ale zgodził się na tę moją fanaberię, a po latach stwierdził, że to był dobry pomysł. Bo ludzie zaczęli jeść coraz bardziej świadomie — opowiada menedżerka.

Czasami myśli: „Dobra, to teraz otworzę coś swojego”. — Ale po co, skoro właśnie w Rue de Paris jestem u siebie? — pyta retorycznie Monika Lasek. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Ulica Paryska na Francuskiej