OOprócz kanclerz Angeli Merkel, pierwszy garnitur przywódców największych państw UE odpuścił sobie szczyt w Pradze, poświęcony partnerstwu wschodniemu. Prezydent Francji wyręczył się premierem, a szefowie rządów Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii — ministrami. Za przykładem potentatów poszło kilka mniejszych państw. Notabene także Wschód, ku któremu UE wyciąga rękę, reprezentowany był różnie. Z Ukrainy, Gruzji, Azerbejdżanu i Armenii stawili się prezydenci. Władca Białorusi uznał, że jeszcze nie czas, a prezydent
Mołdowy wolał się nie pokazywać, jako że
Parlament Europejski akurat wczoraj po-
tępił tę poradziecką republikę za łamanie
praw człowieka. A przecież założeniem
partnerstwa wschodniego jest m.in. eks-
port unijnych idei, a nie tylko technologii.
Mimo tych znaczących absencji, szczyt w Pradze bezdyskusyjnie był sukcesem politycznym Polski, którą wspomogła Szwecja. Unia uznaje głównym kierunkiem swego rozwoju Bałkany wraz z Turcją. Hiszpania z Francją dbają o interesy basenu Morza Śródziemnego. Niedługo wypełniona zostanie także luka północna, przygarnięciem Norwegii oraz Islandii. I tylko kierunek wschodni pozostawał na aucie, bo dla Zachodu cztery państwa wyszehradzkie i trzy republiki bałtyckie są idealną strefą buforową UE.
Egzaltacja polskiej delegacji pod przewodem premiera Donalda Tuska, że od czwartku partnerstwo wschodnie jest okrętem flagowym UE to przesada — wszak po Morzu Śródziemnym pływają takie ze dwa — ale przyjęta w Pradze deklaracja będzie miała wielkie, realne znaczenie. Oczywiście chcielibyśmy więcej, na przykład zminimalizować wpływ kordonu Schengen na wymianę ludzką i obroty gospodarcze — ale w tej sprawie twarde jądro UE ma zupełnie inne zdanie. Jednak nareszcie powstał oficjalny dokument, z którym będzie musiała się liczyć Moskwa, niezmiennie uznająca szóstkę republik reprezentowanych
w Pradze za swą wyłączną strefę wpływów.
cytat