Unia wie, co ziele, a co nie

Marta Markiewicz
27-10-2009, 00:00

Polska to zielarskie eldorado — blisko jedna trzecia europejskich plantacji znajduje się w naszym kraju.

Część popularnych preparatów prestaje się mieścić w definicji leków ziołowych

Polska to zielarskie eldorado — blisko jedna trzecia europejskich plantacji znajduje się w naszym kraju.

Rocznie polscy pacjenci kupują ponad 100 mln opakowań preparatów ziołowych. Daje nam to drugie miejsce na kontynencie w ich spożyciu. Te optymistyczne szacunku nie oznaczają jednak, że producenci preparatów ziołowych mogą spać spokojnie. Sen z powiek spędzają im wytyczne unijnej dyrektywy 2004/24/WE, która wejdzie w życie 30 kwietnia 2011 roku.

Bez dodatków?

W nowej definicji tradycyjnych roślinnych produktów leczniczych przestaną się mieścić leki ziołowe zawierające syntetyczne dodatki. Tym samym ich wytwórcy będą zmuszeni do przeprowadzenia badań klinicznych oraz żmudnego procesu rejestracji. Może to objąć około 500 leków, głównie polskich producentów.

— Polska jest rynkiem szczególnym, gdyż tradycja leków ziołowych z dodatkami syntetycznymi jest u nas niezwykle silna — wyjaśnia Jerzy Jambor, prezes spółki Phytopharm, a jednocześnie szef Polskiego Komitetu Zielarskiego (PKZ).

Jest jednak szansa, że przynajmniej część wytwórców będzie mogła uniknąć żmudnej procedury. UE zgodziła się bowiem na narodowe podejście do zapisów dyrektywy. Rozwiązaniem tej sytuacji mogłoby być traktowanie preparatów roślinnych z dodatkami syntetycznymi, jako tradycyjnych leków ziołowych, ale wtedy dopuszczenie do obrotu byłoby wydawane wyłącznie dla obszaru Polski — a nie Unii. Ministerialni urzędnicy zaznaczają, że na wiążące decyzje trzeba będzie jednak poczekać.

Na pograniczu

Problem mają też producenci tzw. preparatów roślinnych z pogranicza, czyli suplementów o cechach leku.

— Brakuje zatwierdzonej ministerialnie listy ziół dopuszczonych do stosowania w suplementach diety. Uważamy, że resort zdrowia powinien wypracować stanowisko, które wyeliminuje dualizm produktów pochodzenia roślinnego — mówi Krzysztof Nowak właściciel zakładu zielarskiego Kawon-Hurt.

Obecnie proces rejestracji leczniczych produktów ziołowych jest bardzo restrykcyjny i kosztowny, dlatego producenci wolą wycofywać się z leków ziołowych na rzecz wytwarzania mniej kłopotliwych i tańszych w produkcji suplementów diety.

Według doktora Wojciecha Łuszczyny, rzecznika Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, istnienie poważna obawa, że z braku wystarczających wymagań wobec jakości suplementów, ich producenci zaczną wytwarzać produkty z ziół niewystarczająco oczyszczonych.

Rynek ma się dobrze

Powołując się na dane IMS Health, PKZ podkreśla, że produkty lecznicze oraz suplementy wytwarzane z ziół stanowią 30 proc. wartości rynku leków w Polsce.

— Pod względem wartościowego udziału w rynku europejskim Polska zajmuje czwarte miejsce, za Niemcami, Francją i Włochami. Krajowy rynek produktów zielarskich oceniany jest na ponad 1 mld zł — twierdzi Jerzy Jambor.

Co więcej, rynek ten wciąż rośnie — od stycznia do lipca 2009 odnotowano 11-procentową dynamikę. Jak zazanaczają producenci — najlepiej rozwijała się w tej grupie kategoria suplementów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marta Markiewicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Farmacja / Unia wie, co ziele, a co nie