Unia wraca do stalowych korzeni

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-03-05 20:00

Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) za niecały miesiąc obchodzi 75. rocznicę podpisania 4 kwietnia 1949 r. w Waszyngtonie układu założycielskiego.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Taki jubileusz nazywany jest brylantowym, co nawiązuje do oszlifowanych diamentów przypisanych symbolicznie do rocznicy 60. Dopiero w lipcu odbędzie się w Waszyngtonie szczyt 75-lecia NATO, zapowiadający się dosyć specyficznie — może być pożegnalnym występem prezydenta Josepha Bidena, jako że w wyborach 5 listopada całkiem spore jest prawdopodobieństwo ponownego zdobycia Białego Domu przez Donalda Trumpa. Jego poprzednia kadencja dowiodła, że podchodzi do NATO przede wszystkim jako do komercyjnego interesu, który bardzo dużo kosztuje nie tyle Zachód, ile przede wszystkim USA.

Właśnie obawy sojuszników z naszego kontynentu o pewność NATO są genezą strategicznego zwrotu. Unia Europejska z definicji nie jest sojuszem militarnym, chociaż tematyka bezpieczeństwa oczywiście została objęta traktatami. Dotychczas jednak pierwsze skrzypce obronne w Europie oczywiście grało NATO, do którego należą niemal wszystkie państwa unijne — wyjątki to neutralne Austria i Irlandia oraz śródziemnomorskie wyspy Cypr i Malta. Notabene warto pamiętać, że najpierwsza utworzona w 1951 r. Europejska Wspólnota Węgla i Stali, którą zapoczątkowała deklaracja ministra Roberta Schumana z 9 maja 1950 r., miała korzenie równie gospodarcze, co militarne — wspólna kontrola francusko-niemieckiego rynku surowców strategicznych dla zbrojeń miała wykluczyć możliwość konfliktów między tymi państwami, czyli także w Europie Zachodniej.

Kończąca jesienią kadencję Komisja Europejska (KE) przedstawiła pierwszą we wspólnotowych dziejach strategię na rzecz przemysłu obronnego. Chodzi o osiągnięcie jego gotowości w skali UE w nowych warunkach geostrategicznych. Reakcja unijnego gabinetu przede wszystkim jest całkowicie naturalną reakcją na zagrożenie ze strony Rosji, ale chodzi oczywiście również o upodmiotowienie kontynentalnej części atlantyckiego sojuszu. Automatycznie umocni się odpowiednia część NATO, zwłaszcza w obszarze przemysłu zbrojeniowego. W strategii przedstawiono bowiem wyzwania, przed którymi stoi unijna baza technologiczno-przemysłowa, a także sposoby na lepsze wykorzystanie jej niemałego potencjału.

KE zachęca państwa członkowskie, by do 2030 r. realizowały co najmniej 40 proc. zakupów uzbrojenia przez zamówienia wspólne. Wartość wewnętrznego handlu obronnego powinna stanowić co najmniej 35 proc. całego wspólnotowego rynku zbrojeniowego. KE chce też, by połowę budżetów krajów unijnych na uzbrojenie realizowano w UE, a do 2035 r. nawet 60 proc. To reakcja na kupowanie przez państwa unijne zbyt wielu różnych systemów uzbrojenia, często poza UE. Sztandarowym przykładem takiej rozproszonej polityki były decyzje rządu PiS, który przestawił siły zbrojne na sprzęt ze Stanów Zjednoczonych — czyli opoki NATO — ale także z odległej Republiki Korei. Przy czym dostawy od bardzo egzotycznych producentów koreańskich są rozwinięciem konstrukcji amerykańskich i w pełni z nimi kompatybilne. Mimo wszystko sytuacja, że polskie siły pancerne mają mieć czołgi: resztki poradzieckich T-72 i spolonizowanych Twardych, niemieckie Leopardy dwóch wersji, amerykańskie Abramsy oraz koreańskie K-2 to jednak sprzętowy absurd. KE właśnie do wykluczenia takich absurdów w przyszłości zachęca uruchomieniem w pierwszej transzy kwoty 1,5 mld EUR jeszcze w obecnej wieloletniej perspektywie finansowej UE, tzn. w końcówce 2025–27, na zwiększanie konkurencyjności wspólnotowego przemysłu zbrojeniowego.