Członkostwo w Unii Europejskiej i w Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego nie jest formalnie powiązane w żaden sposób, jednak składy obu ugrupowań w ponad 75 proc. się pokrywają. A dla państw z dawnego bloku wschodniego ścieżka NATO-wska okazuje się jedyną wiodącą do UE. Specyficzny przypadek Turcji — gospodyni trwającego szczytu NATO, wiernie służącej sojuszowi obronnemu od roku 1952, natomiast od UE wciąż nie mogącej doczekać się formalnego zaproszenia — jest wyjątkiem.
Państwem, dla którego hipotetyczna możliwość wstąpienia do NATO i do Unii stanowi nierozłączną całość, jest Ukraina. Granica jednoczącej się Europy stanęła na linii Bugu, a przy Bałtyku wsunęła się w głąb terytorium Związku Radzieckiego — co cierpiąca na kompleks byłej potęgi Rosja ledwie toleruje. Z jej punktu widzenia, ogarnięcie obronnymi i gospodarczymi strukturami Zachodu także Ukrainy naruszyłoby równowagę strategiczną — dlatego jest to horyzont tak odległy, że aż niewidoczny.
Niedawne rozszerzenie Unii Europejskiej w naturalny sposób zdominowało dwudniowy VII Szczyt Gospodarczy Ukraina – Polska, który w piątek zakończył się w Jałcie. Uczestnicy analizowali, jak kształtują się relacje między naszymi państwami od 1 maja w porównaniu ze stanem z 30 kwietnia. Wyszło na to, że przejście przez unijne wrota odbyło się łagodnie. Parafrazując Sienkiewicza — próg wzięty. Co najważniejsze, taka jest zgodna opinia zarówno klasy polityczno-urzędniczej, jak i reprezentantów sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Zaprocentowały wielomiesięczne przygotowania, w tym uzgodnienia dotyczące ruchu osobowego. Ukraina okazała się bardziej pragmatyczna od Rosji czy Białorusi, przystając wobec unijnej Polski na asymetrię — my nadal jeździmy bez wiz, a oni dostają je gratis.
Oczywistym interesem Polski jest wspieranie uzyskania przez Ukrainę „międzynarodowego statusu gospodarki rynkowej”, czyli m.in. wejścia do WTO. Brzemię mentalności poradzieckiej jest jednak u wschodnich sąsiadów nieporównywalnie cięższe, niż u nas. Władzy marzyłoby się wprowadzenie rozwiniętego rynku od konkretnej daty jakimś... dekretem. Trudno się takiemu podejściu dziwić, skoro statystycznym ukraińskim uczestnikiem obrad w Jałcie był „zastępca naczelnika zarządu stosunków z zagranicą do spraw zagadnień integracji europejskiej”. Z polskiej strony również stawił się tłum urzędników centralnych i wojewódzkich, ale jądro reprezentacji stanowił jednak biznes.
Od samego początku polsko-ukraińskie szczyty gospodarcze objęte są patronatem głów obu państw. Tym razem jednak na dwudniowych obradach odcisnęło się piętno bieżących zawirowań politycznych. Prezydent Aleksander Kwaśniewski wpadł z rządowym orszakiem na chwilę w piątek, bo przecież cały czwartek doglądał w Sejmie głosowania. Nominalny szef ekipy wicepremier Jerzy Hausner wygłosił kilka okrągłych zdań, naprawdę będąc myślami przy swoich rządowych losach. Z kolei gospodarz, prezydent Leonid Kuczma minę miał nietęgą z innego powodu — na Ukrainie znowu wezbrała fala zarzutów o jego udział w zabójstwie dziennikarza Georgija Gongadze. Mimo takich drobnych perturbacji, w ustach decydentów ogólna wymowa szczytu okazała się niepodważalnie optymistyczna.
Trochę gorzej było z konkretami. Związek Przemysłowy Donbasu doczekał się od prezydenta Kwaśniewskiego publicznego zapewnienia, iż proces prywatyzacji Huty Częstochowa zostanie ponownie uruchomiony, a o wyniku rozstrzygną wyłącznie kryteria rynkowe. Na dowód okazany został Ukraińcom specjalnie przywieziony do Jałty minister skarbu Jacek Socha, który jednak nie miał tam okazji zaistnieć. Poza tym prezydent ostrzegł, że Polska z żalem bo z żalem, ale przestawi się na rudę żelaza z Australii czy Brazylii, jeśli strona ukraińska utrzyma tzw. licencjonowanie jej eksportu. Słuchacze się tym specjalnie nie przejęli.
Zapowiedziano również zawiązanie przez Ukrtransnaftę oraz nasz PERN spółki Sarmacja, która przygotuje biznesplan polskiego, komercyjnego odcinka rurociągu Brody – Płock. Budowa mogłaby ruszyć w roku 2006, a kaspijska ropa popłynąć w roku 2008 — jeśli całe to przedsięwzięcie w ogóle będzie miało sens ekonomiczny, co dzisiaj wydaje się wątpliwe.