Na efekt sporu czekają mniejsi agenci, z myślą o nich powstanie stowarzyszenie reprezentujące ich interesy
Mariusz Surma od lat sądzi się z Citibankiem. Żąda kilkunastu milionów,
a sądy przyznają mu rację.
W zeszłym roku Citibank Handlowy zarobił ponad 500 mln zł. Być może część tej kwoty będzie musiał oddać ambitnemu przedsiębiorcy z Wrocławia. Mariusz Surma sądzi się z Citibankiem od ponad 8 lat. Przez cały czas żąda tego samego: kilkunastu milionów złotych za bezprawne, jego zdaniem, działania Citi wobec jego firmy MS Direct Sales. Surma twierdzi, że bank m.in. przedwcześnie zerwał umowę z wyłącznym sprzedawcą jego usług na Opolszczyźnie, Dolnym Śląsku i w Lubuskiem, a dzięki dezinformacji zaczął przejmować pracowników MS Direct Sales.
Kolejne instancje i sądy przyznają rację biznesmenowi. Ostatnio warszawski Sąd Okręgowy zasądził na rzecz Mariusza Surmy ponad 11 mln zł. To więcej niż trzykrotność rocznych zarobków obecnego prezesa Citibanku.
— Mam już za sobą korzystne wyroki Sądu Apelacyjnego oraz Sądu Najwyższego. To ten ostatni skierował w marcu 2008 r. akta sprawy do warszawskiego Sądu Okręgowego — tłumaczy biznesmen.
Dzienny haracz
Sąd Najwyższy i Sąd Apelacyjny wsparły swoje orzeczenia wskazówkami, co jeszcze trzeba uzupełnić i oszacować. Spór toczy się raczej nie o to, czy Citibank jest winny doprowadzenia do bankructwa MS Direct Sales, ale o to, ile będzie ono kosztować bank. Sąd powołał więc biegłych, świadków, dotarł do dowodów. Policzył. Wyszło mu 6 mln zł odszkodowania z tytułu nieuczciwej konkurencji oraz za pozyskanych dla banku klientów (tzw. świadczenie wyrównawcze). A na deser ponad 5 mln zł odsetek.
— Będziemy apelować. Nie zgadzamy się m.in. ze sposobem wyliczenia wartości MS Direct Sales — zaznacza Józef Forystek, adwokat reprezentujący Citibank.
— Dzięki odsetkom należna mi suma rośnie o ponad 2 tys. zł dziennie. Wierzę, że wkrótce pieniądze do mnie trafią i wrócę do biznesu. Oczywiście do branży finansowej — podkreśla Mariusz Surma.
Wojna podjazdowa
Jak wynika z akt, sprawa miała swój początek w 2001 r. MS Direct Sales dowodzony przez Mariusza Surmę był od ponad dwóch lat wyłącznym sprzedawcą usług Citibanku na Opolszczyźnie, Dolnym Śląsku i w Lubuskiem. Sieć prawie 100 agentów pozyskała dla banku ponad 40 tys. klientów. Umowa obowiązywała do maja 2002 r., jednak jesienią 2001 r. władze banku postanowiły ją zerwać.
— Tyle że nie miały do tego podstaw — uważa właściciel MS Direct.
Bank zaczął więc wojnę podjazdową. Jego wysocy rangą przedstawiciele zaczęli przekonywać pracowników MS Direct Sales, że ich obecny pracodawca nie ma przyszłości. I zachęcali do zmiany pracy na... Citibank.
— Bank wzbudził w pracownikach brak perspektyw. Te działania były nakierowane na przejęcie pracowników MS Direct Sales. Jesienią 2001 r. zaczęli odchodzić. Świadkowie zeznali, że bank nie pozwalał agencji przyjmować nowych pracowników. MS Direct był odrębnym od banku podmiotem gospodarczym, bank podjął działania zagrażające jego istnieniu. Rozbił firmę poprzez dezinformację i wprowadzanie atmosfery tonącego okrętu — kwitował sędzia, uzasadniając wyrok z zeszłego tygodnia.
Roszczeniowa lawina
Co ciekawe, gdy pojawiły się pierwsze sygnały o tym, że bank ma plany wobec sieci handlowców MS Direct Sales, jej właściciel zaproponował mu przejęcie firmy.
— Wyceniłem ją wtedy na 4,8 mln zł. Bank wybrał drogę na skróty, to teraz będzie musiał dołożyć drugie tyle — mówi Mariusz Surma.
— Na efekt sporu czekają mniejsi agenci z całej Polski mający roszczenia wobec banków i np. firm ubezpieczeniowych. Może ruszyć lawina takich spraw, o ile uda się w miarę jasno ustalić algorytm wyceny poszczególnych roszczeń poszkodowanych — zaznacza Witold Przytocki, radca prawny z ramienia MS Direct Sales.
Z myślą o naśladowcach Mariusz Surma zamierza założyć stowarzyszenie reprezentujące interesy agencji i agentów. A Citibank? Podtrzymuje dotychczasową strategię komunikacyjną: nie chce komentować sporu.
Karol Jedliński