Uratuję to!

AROL JEDLIŃSKI
opublikowano: 2013-10-31 00:00

Tomasz Bałuk kilka tygodni temu porzucił karierę w marketingu na rzecz projektu Pałac Ciekocinko. Otwiera tam luksusowy historyczny hotel, kusi krytą halą do hippiki i dba o bezpieczeństwo finansowe, budując wiatrowe farmy.

„Wściekły i zły” — zatytułowano tekst o Tomaszu Bałuku w magazynie „Press”. Takie postawienie sprawy jeszcze niedawno mogłoby wzbudzić wściekłość i złość bohatera artykułu. Wtedy, wczesną wiosną tego roku, Tomasz Bałuk wciąż był prezesem grupy marketingowej Ogilvy & Mather Poland, którą prowadził od sukcesu do sukcesu.

Po kilku miesiącach od publikacji narracja się jednak odwróciła. Tomasz Bałuk przeniósł się w miejsce, w którym nie tylko o „Pressie” nikt nie słyszał. Po ponad 20 latach odszedł z branży reklamowej, w której — jak sam mówi — osiągnął wszystko, co mógł. Teraz w Warszawie bawi gościnnie, na spotkania dojeżdża 430 km z Ciekocinka — wsi w gminie Choczewo na Pomorzu, w połowie trasy między Łebą na zachodzie, a Dębkami na wschodzie, kilka kilometrów od bałtyckich plaż. Co tam robi? — Nie, nie zaszyłem się. Pracuję siedem dni w tygodniu, tylko nie w mieście.

Z biura mam widok na konie w padokach, bo od dziewięciu lat ratuję i przywracam do świetności majątek Ciekocinko. Nie chcę zachować go dla siebie, lecz otworzyć dla ludzi szukających czegoś bardzo wyjątkowego. Stawiam na hotelarstwo najwyższej próby, sport i na energetykę odnawialną — tłumaczy Tomasz Bałuk. Do końca roku ruszy pięciogwiazdkowy kompleks hotelowy i spa w Pałacu Ciekocinko, a w przyszłe lato zostaną tam rozegrane międzynarodowe zawody jeździeckie z pulą nagród 1 mln zł.

Myśli szaleńca

Inwestycję realizuje Horizontal, spółka kontrolowana przez Tomasza Bałuka. Gdy się patrzy na skalę przedsięwzięcia i zdjęcia zrujnowanego pałacu i stajni sprzed odbudowy, już wiadomo, że to nie inwestycja na kilka milionów złotych. To kilkadziesiąt milionów z perspektywą na więcej. — Nie chcę podawać dokładnych kwot.

Mogę tylko powiedzieć, że kupując majątek, zrobiłem dokładny biznesplan — co, za ile, gdzie, kiedy, po co. Jak wziąłem się do roboty, cały plan okazał się niewiele wart. Początkowo Ciekocinko miało być odskocznią, sposobem na budowanie równowagi w życiu. W końcu nim zawładnęło. Gdy patrzę na archiwalne zdjęcia, nasuwają mi się dwa pytania: Co ja sobie wtedy myślałem? I czy jestem aż tak szalony? — śmieje się 47-letni Tomasz Bałuk.

Horizontal jest jednym z dwóch największych inwestorów w gminie Choczewo. Tomasz Bałuk oprócz kompleksu pałacowo- -jeździeckiego kupuje w okolicy grunty rolne. Uprawia się na nich zboża, ale w niedalekiej przyszłości staną tam również turbiny wiatrowe. W przyszłości mają być — wraz z farmą fotowoltaiczną — jedną z finansowych podpór majątku Ciekocinko.

— Bądźmy szczerzy, z otwarciem hotelu zakończy się pewien ważny etap, majątek zyska finansową samodzielność. Ale to nie ucina moich marzeń o kolejnych projektach rozbudowy bazy Ciekocinka, choć lata temu myślałem jedynie o renowacji zabytkowego obiektu — zaznacza Tomasz Bałuk.

Niemca pogonić

Stare kroniki podają suche fakty: w 1361 r. gdański komtur Zakonu Krzyżackiego, niejaki Gieselbrecht von Dudelsheim, przekazał wieś Zackenzin (dzisiejsze Ciekocinko) „wiernemu Vicke’owi” jako miejsce do osiedlenia kolonistów. Potem przez długi czas rozrastającym się majątkiem władały miejscowe możne rody herbu von Krockow i Ossecken.

W XIX i XX wieku posiadłość kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk. Decyzję o zburzeniu starego pałacu i budowie nowego o powierzchni — bagatela — 3 tys. mkw. podjęła w 1910 r. rodzina Ewestów. W dniu wybuchu II wojny światowej majątek należał już do familii Koopsów. Liczył 800 ha, z tego 381 ha gruntów ornych. W gospodarstwie trzymano 43 konie, 155 sztuk bydła, 350 sztuk trzody chlewnej. Ale po wojnie przyszedł PGR i zaorał wszystko z tępym uporem, ot, byleby ducha Niemca pogonić.

— W 2004 r. nikt oprócz mnie nie stanął do licytacji. Teraz wszyscy zachwycają się, jak tu pięknie i jak, u licha, znalazłem takie cacko. Ale wówczas nie było nikogo poza mną, kto uwierzyłby w powrót Ciekocinka do świetności, zobaczył przyszłe piękno w ruinie — wspomina Tomasz Bałuk.

Dekadę temu, kierowany ogłoszeniem o przetargu, przebił się przez dziurawe okoliczne drogi, przebrnął przez chaszcze i zobaczył obdrapaną rezydencję, maskowaną przez pudełkowatą brzydotę hal i pawilonów dostawionych w PRL. Za posiadłością pleniła się dzika przyroda, dalej skarpa, jezioro, stara buczyna… Dostrzegł też plac idealny do konnych zawodów i treningów. Sekundę później zdecydował: Uratuję to!

— Przywracając dawnego ducha temu miejscu, zburzyłem kilkanaście PRL-owskich budynków. Konsekwentnie podkreślam zasługi przedwojennych właścicieli Ciekocinka. No i perwersyjnie dbam o detale — informuje Tomasz Bałuk. To umiłowanie szczegółu nie bierze się z przywary, lecz z precyzyjnego planu. Pałac Ciekocinko ma być dla gości atrakcją samą w sobie, a nie jedynie punktem na trasie. Oazą, azylem, maszyną czasu, hotelem historycznym na poziomie, jakiego w Polsce jeszcze nie ma.

— Są w kraju piękne historyczne obiekty, ale brakuje im najwyższej jakości wyposażenia wnętrz, poziomu obsługi i kultury hotelarskiej, pomysłu na zjawiskową kuchnię. W Ciekocinku wszystko będzie zatem nie premium, lecz superpremium. Za bramą czeka spójna koncepcja 22-hektarowego zabytkowego parku. Nic nie burzy atmosfery innego świata, klimatu sprzed wieku — opisuje gospodarz.

Aleję wjazdową wyłożył 200-letnią kostką granitową z okolic gdańskiej starówki (tam kładli asfalt), a bazaltowy podjazd pod pałac przyjechał spod Wrocławia. Drzwi wejściowe (120-letnie) do krytej ujeżdżalni kupił w Niemczech, a są i robione w przypałacowej manufakturze. Szczegóły: klamki, gniazdka, przełączniki, zawiasy Tomasz Bałuk skupuje na aukcjach w Europie. Podobnie jak starą cegłę, z której zbudował kilka okazałych budynków utrzymanych w dawnej stylistyce, m.in. krytą halę do jazdy konnej.

Wiara z wieży

Wnętrza hotelu? Na ukończeniu. Już przyjechały secesyjne tapety z manufaktury w San Francisco, wiktoriańskie kafle z Anglii, meble art-deco i art-nouveau z Niemiec, a także kilkadziesiąt leciwych, ale sprawnych telefonów z przedwojennej Polski. Wszystko oryginały, zbierane cierpliwie przez wiele lat. — To trybiki machiny, mającej nas przenosić do lepszych, dawnych czasów — uważa Tomasz Bałuk. I zaprasza na pałacową wieżę. Stamtąd na horyzoncie nie uświadczysz żadnego miasta ani logo korporacji. Jedynie falujący Bałtyk. W takim Ciekocinku nawet „wściekłym i złym” jest lepiej. &

Możesz zainteresować się również: