Sprawa, krótko rzecz ujmując, się rozmyła. Kiedy 3 października w artykule „Rząd daje marchewkę, ale się tym nie chwali” pisaliśmy, że małe firmy nie skorzystają w tym roku z pozytywnej dla nich nowelizacji przepisów o VAT, sprawa wyglądała poważnie. Tym bardziej że w globalnej sieci znaleźć można było „dokumenty”, będące rzekomym dowodem na to, że resort finansów celowo nie informował podatników o zmianach, bo gdyby wszyscy uprawnieni skorzystali z udogodnień już w tym roku, budżet mógłby stracić 1,5 mld zł. Stracić to jednak nie najlepsze słowo — pieniądze wpłynęłyby do budżetu, jednak dopiero w styczniu 2003 r. Niemniej wykonanie tegorocznego budżetu byłoby utrudnione.
Nasza publikacja wywołała natychmiastową reakcję resortu. Niestety, nie w postaci odpowiedzi na pytania, które przesłaliśmy do biura prasowego ministerstwa 1 października (odpowiedź dostaliśmy dopiero 10 października, bo biuro gromadziło dane). Resort wystosował komunikat, w którym udowadniał, z jaką to pieczołowitością informowano o zmianach. Otwarte pozostaje pytanie, jaka była skuteczność polityki informacyjnej resortu. Bez odpowiedzi pozostanie zaś już na zawsze pytanie, kto ponosi winę za fakt, że mali podatnicy mieli na skorzystanie z noweli tylko kilka dni.
Nowelizację ustawy o VAT rząd przesłał do Sejmu 18 kwietnia jako element programu „Przedsiębiorczość — Rozwój — Praca”. Dlatego po pierwszym czytaniu sprawą zajęła się Komisja Nadzwyczajna. Jednak proces legislacyjny trwał relatywnie długo — ostatecznie przepisy uchwalono 30 sierpnia, prezydent podpisał nowelę 16 września, opublikowano ją zaś 20 września. W konsekwencji Irena Ożóg, wiceminister finansów, wysłała do izb skarbowych informację o zmianie przepisów 23 września. Do urzędów dotarła ona pewnie dzień później. Ostatecznie mali przedsiębiorcy mieli więc 4 (słownie cztery) dni robocze, by zadeklarować chęć skorzystania z nowych przepisów jeszcze w tym roku.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że w rządowym projekcie ustawy (druk nr 417) założono, że nowe przepisy wejdą w życie 1 stycznia 2003 r.! W toku prac parlamentarnych postanowiono obowiązywanie ustawy przyspieszyć — niech mali mają łatwiejsze życie jeszcze w tym roku. Teza słuszna. Ale wykonanie zawiodło. Prace w Sejmie trwały pięć miesięcy. Dla porównania, o wiele bardziej skomplikowaną tzw. ustawę oddłużeniową uchwalono, podpisano i opublikowano w niespełna dwa miesiące. Ale to już kwestia priorytetów. A ja się pewnie czepiam.