Polskie prawo pozwala na dostęp do naszego rachunku bardzo wielu instytucjom. Zbyt wielu.
Prawo mówi jasno: zgodnie z art. 104 prawa bankowego „banki i osoby w nich zatrudnione oraz osoby, za pośrednictwem których bank wykonuje czynności bankowe, są obowiązane zachować tajemnicę bankową”.
Ktoś, kto wierzy, że do informacji o jego koncie dostęp ma wyłącznie sąd w związku z postępowaniem karnym, jest w dużym błędzie. Katalog instytucji, którym banki muszą udzielać informacji, obejmuje: każdy inny bank i instytucję kredytową, Komisję Nadzoru Bankowego, prokuratora, dyrektora izby celnej, prezesa NIK, przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, prezesa zarządu Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, Komisję Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych, służby ochrony państwa (ABW, Agencję Wywiadu), policję, komornika sądowego, urząd skarbowy i Generalnego Inspektora Informacji Finansowej.
Ten ostatni dysponuje władzą, która przeraziłaby bankowców szwajcarskich. Z systemu bankowego i innych instytucji (domów maklerskich, notariuszy, zakładów ubezpieczeń, poczty, domów aukcyjnych i innych) trafiają do niego informacje o transakcji przewyższającej 10 tys. EUR. Można śmiało założyć, że większość czytelników tego artykułu jest już notowanych przez GIIF.
To narzędzie inwigilacji nie jest stricte polskim wynalazkiem, ale implementacją Dyrektywy Rady Wspólnot Europejskich. Niemniej Polska stała się niesłychanie gorliwym jej wykonawcą. Stanowi ona bowiem o rejestrowaniu przez banki i inne instytucje finansowe transakcji powyżej 15 tys. EUR, nie mówiąc o konieczności powoływania odrębnej instytucji. Polski model nie przyjął się w UE. Funkcjonuje jednak tam, gdzie poziom administracji jest wysoki (Norwegia, W. Brytania, USA, Belgia).
Nasza administracja jest dziurawa jak sito. Mądrość twórców prawa winna polegać na dostosowywaniu go do rzeczywistości. U nas powinno to skłaniać do ograniczania aparatu inwigilacji, jak tylko to jest możliwe.
Kancelaria Gorazda, Świstuń, Wątroba.