Błędna decyzja urzędnika czy próba wyłudzenia odszkodowania przez firmę? Skutkiem jest śledztwo prokuratorskie, likwidacja zakładu i wyrok sądu.
To gorzej niż zbrodnia, to błąd — mawiał Napoleon. Trudno się z nim nie zgodzić, zwłaszcza gdy za błędy urzędników słono płacą nie tylko przedsiębiorcy. Czy tak było w przypadku Rol-Bancu, firmy która wielokrotnie otrzymała od naszej redakcji statuetkę Gazeli Biznesu?
Czerwiec 2007 r. W zachodniopomorskim wybucha panika. Placówki służby zdrowia przeżywają oblężenie. U ponad 150 osób pojawiły się objawy zarażenia włośnicą. Zgłaszają się kolejni poszkodowani. Służby sanitarne ujawniają, że jedli surową kiełbasę polską. Po kilku dniach sanepid podaje, że jej producentem jest Rol-Banc, rodzinna firma przetwórstwa mięsa ze Świerzna.
Sprawę badają służby weterynaryjne. Trwa gorączkowe poszukiwanie winnego. Czy ktoś podłożył zarażoną świnię, czy w zakładzie prowadzono nielegalny ubój, czy też może zawinił człowiek, który niedokładnie zbadał mięso?
Szlaban na produkcję
Decyzje zapadają szybko.
Inspekcja weterynaryjna przeprowadziła kontrolę zakładu i choć nie stwierdziła
uchybień (poza brakami w dokumentacji), 11 czerwca wydała decyzję o zakazie
wprowadzania na rynek wyrobów surowych (nie- poddanych obróbce termicznej), do
których należała kiełbasa polska.
— Nakazano także usunięcie z rynku surowych wyrobów — mówi Przemysław Kaczorowski, radca prawny reprezentujący spółkę.
Było to zastosowanie tzw. środków zapobiegawczych do czasu wyjaśnienia sprawy. 16 czerwca do Szczecina przyjeżdżają Andrzej Wojtyła, główny inspektor sanitarny, i Krzysztof Jażdżewski, zastępca głównego lekarza weterynarii, aby na miejscu ocenić działalność podległych im służb. Podczas briefingu Krzysztof Jażdżewski stwierdza, że „należałoby szukać źródła zarażenia w obrocie nielegalnym”. Andrzej Wojtyła informuje, że po kontroli 624 sklepów, do których mogła trafić podejrzana wędlina, znaleziono jedynie 3 kg z Rol-Bancu, w których nie wykryto włośnia.
— Tego samego dnia, czyli 16 czerwca, lekarz powiatowy po przebadaniu dużej partii nowej dostawy mięsa wręczył spółce drugą decyzję, tym razem o wstrzymaniu produkcji z rygorem natychmiastowej wykonalności. Co więcej — okres wstrzymania działalności uzależnił od zakończenia postępowania wyjaśniającego przyczynę zatrucia — opowiada Leszek Łukowski, ojciec i pełnomocnik właściciela firmy Tomasza Łukowskiego.
Zdaniem lekarza
Zakład, który dziennie przerabiał 28
ton mięso, zatrudniający około 120 osób, stanął. Od obu decyzji spółka odwołała
się do wojewódzkiego lekarza weterynarii, który podtrzymał decyzję lekarza
powiatowego. Co więcej — Tomasz Grupiński, wojewódzki lekarz weterynarii, składa
zawiadomienie do prokuratury. Rusza śledztwo.
Spółka broni się, że nie prowadzi uboju, a każda docierająca do niej sztuka mięsa powinna być wcześniej przebadana przez nadzór weterynaryjny.
— Wstrzymanie produkcji jest najbardziej radykalną formą działań administracyjnych, obciążoną dużym prawdopodobieństwem wyeliminowania zakładu z rynku. Taką decyzję usprawiedliwić może jedynie sytuacja, kiedy organ wydający decyzję jest w stanie bezwzględnie udowodnić, że zakład stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzi. W naszym przypadku argumentem uzasadniającym był zarzut niekompletnej dokumentacji związanej z identyfikacją mięsa (HACCP) — podkreśla Janina Wolny, była prezes firmy.
Dodaje, że zarzut ten mógł wzbudzić jedynie zdziwienie, gdyż nigdy ta kwestia nie była podnoszona przez nadzorującego zakład, a teraz wstrzymującego jego działalność powiatowego lekarza weterynarii.
— Wręcz przeciwnie, zaświadczał on bowiem, że „... funkcjonowanie systemu HACCP w Rol-Banc objęte jest nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej”, a także stwierdzał w protokołach z kontroli, że prowadzenie dokumentacji dotyczącej surowca i produktu jest „prawidłowe”. Nasze zdziwienie było tym większe, że każdego miesiąca Rol-Banc obciążany był sporymi kosztami za nadzór nad rozbiorem i przetwórstwem mięsa wprowadzonego do zakładu — przypomina Janina Wolny.
Innego zdania jest Tomasz Grupiński.
— Unijny pakiet higieniczny nawet w przypadku podejrzenia daje możliwość podjęcia najbardziej radykalnych decyzji, łącznie z zamknięciem zakładu. Inspekcja sanitarna oficjalnie nas zawiadomiła, że zakażoną kiełbasę wyprodukowano w Rol-Bancu — ucina wojewódzki lekarz weterynarii.
Dodaje, że 10 lipca lekarz powiatowy poinformował firmę, iż może wznowić produkcję, pod warunkiem że wycofa swoje produkty z rynku i zweryfikuje niedociągnięcia w HACCP.
— Wtedy sprawa byłaby załatwiona. Właściciele firmy działali jednak ze złą wolą. Przypuszczam, że chcieli wyłudzić pieniądze (odszkodowanie za wstrzymanie produkcji i zamknięcie zakładu — przyp. red.), bo i tak 30 listopada firmie kończył się kolejny odraczany okres przejściowy na dostosowanie do wymogów unijnych — konkluduje Tomasz Grupiński.
Osobne postępowanie prowadzi Urząd Kontroli Skarbowej.
— Zgłosiłem tam zawiadomienie, że liczba ubijanych na zlecenie i przyjmowanych do zakładu zwierząt nie są jednakowe — mówi Tomasz Grupiński.
Sąd odwiesza
Właściciele postanowili szukać
sprawiedliwości w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Szczecinie. 30 stycznia
tego roku zapadają wyroki. Sąd oddala skargę Rol-Bancu na decyzję z 11 czerwca.
Uchyla natomiast decyzję wojewódzkiego lekarza weterynarii, na mocy której 16
czerwca 2007 r. zawieszono działalność firmy.
— Obie strony mają czas na odwołanie do NSA w ciągu 30 dni od dnia doręczenia decyzji. Takich spraw jest tysiące i, jeśli na skutek odwołania nie utkną w Warszawie, to pokrzywdzeni przedsiębiorcy mogą dochodzić swoich praw na drodze powództwa cywilnego. To jednak trwa latami — mówi przedstawicielka Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Szczecinie.
Leszek Łukowski będzie walczył o sprawiedliwość.
— Ten wyrok otwiera firmie możliwość ubiegania się o odszkodowanie. Urzędnicy wyrządzili nam krzywdę. Obliczymy straty i wystąpimy z roszczeniem do skarbu państwa. Nie wykluczamy możliwości dochodzenia naszych praw w strukturach unijnych — zapowiada ojciec właściciela firmy.
Udokumentowane straty mogą sięgnąć 20 mln zł.
— Dużą część zamówień realizowaliśmy dla wojska, gdzie startowaliśmy w przetargach. W takich przypadkach żądano gwarancji. Tylko wczoraj otrzymaliśmy wezwanie do zapłaty z towarzystwa ubezpieczeniowego na 120 tys. zł — wylicza Leszek Łukowski.