Unijni przywódcy chcą budować konkurencyjną gospodarkę, ale z zachowaniem systemu socjalnego.
Na szybkie prorynkowe zmiany w unijnej gospodarce nie ma co liczyć. Szefowie 25 państw Unii zgromadzeni w Brukseli na dwudniowym szczycie Rady Europejskiej byli zgodni jedynie co do tego, że chcą nadal budować konkurencyjną gospodarkę. Środkiem do tego celu jest otwarcie rynku usług (70 proc. unijnego PKB), którym szczególnie zainteresowana jest Polska. Tu jednak pojawia się problem, bo hołdujące socjalnemu modelowi gospodarki zachodniej Europy przypuściły atak na propozycję szerokiego otwarcia autorstwa poprzedniej Komisji Europejskiej.
Bez planu „B”
Jacques Chirac, prezydent Francji, zażądał całkowitej zmiany liberalnego projektu dyrektywy. W kuluarach mówiło się o szantażu. Paryż twardo przekonywał, że perspektywa wzmożonej konkurencji na rynku usług nastawi Francuzów przeciwko integracji europejskiej i — w rezultacie — także przeciwko konstytucji UE. Ostatecznie ustalono, że projekt ma być gruntownie przerobiony, a to, że nie został całkowicie przekreślony, uznano za sukces.
— Stawka jest zbyt wysoka. Nie mogliśmy wykazać się minimum elastyczności, skoro efektem może być brak ratyfikacji traktatu konstytucyjnego we Francji. Tu nie było planu „B” — przekonuje premier Marek Belka.
Dodaje, że Polskę satysfakcjonuje uzgodniony kompromis.
— Swoboda świadczenia usług to jeden z filarów wykorzystania członkostwa w UE dla pobudzenia rozwoju polskiej gospodarki. Rozumiemy jednak, że wprowadzenie wolnego rynku w usługach może być dokonywane stopniowo i może zawierać wyjątki, o których Polska także mówi (usługi medyczne i zakłady loteryjne — przyp. red.) — wyjaśniał premier.
Ogień i woda
Problem jest jednak złożony, bo liberalizacji usług powinno towarzyszyć otwarcie granic w przepływie siły roboczej. Godząc się na jedno, kraje starej Unii musiałyby zrezygnować z utrzymywania restrykcji w drugim. Nie bardzo wiadomo też, jak pogodzić zasadę kraju pochodzenia przy świadczeniu usług z ustalonym modelem społecznym. Tu o kompromis będzie wyjątkowo trudno. Nieoficjalnie mówi się, że pełna liberalizacja usług potrwa co najmniej dziesięć lat.
Podczas pierwszego dnia obrad Rada Europejska zaakceptowała też reformę paktu o stabilizacji i rozwoju.