Minął rok od wejścia w życie ustawy deweloperskiej. Jej głównym celem była ochrona nabywców nieruchomości na rynku pierwotnym. Ustawa od początku budzi kontrowersje i zawiera wiele nieścisłości. Praktyka pokazuje, że jest bardzo niedopracowana, wiele zapisów jest niejasnych, a wiele — w mojej ocenie — niepotrzebnych. Ustawa wprowadza nadmierny formalizm. Sama forma umowy nie zmniejsza przecież ryzyka upadłości dewelopera, ani nieukończenia inwestycji.
Przed zawarciem umowy deweloper musi doręczyć nabywcy prospekt informacyjny, czyli dane na temat kondycji i wiarygodności spółki oraz dotyczące inwestycji. Brak pełnej informacji w prospekcie, zatajenie lub podanie nieprawdziwych danych podlega odpowiedzialności karnej i grozi pozbawieniem wolności do 2 lat. Uchybienia mogą być podstawą do odstąpienia nabywcy od umowy i żądania zwrotu wypłaconych pieniędzy.
Ustawodawca zaproponował dwa rozwiązania mające szczególnie chronić klientów przed nieuczciwymi deweloperami, którzy utracili płynność finansową przed ukończeniem inwestycji. To rachunki powiernicze oraz wyodrębniona masa upadłości dewelopera, z której będą realizowane ewentualne roszczenia nabywców. Praktyka prowadzenia rachunków powierniczych dopiero się kształtuje. Co więcej, deweloperzy, którzy rozpoczęli sprzedaż lokali przed wejściem w życie ustawy, nie muszą korzystać z tego środka ochrony. Niemniej otwieranie rachunków jest dla deweloperów problematyczne. Oferta banków jest bardzo skromna, a zasady oceny wiarygodności inwestora i jego inwestycji wyśrubowane.
Bez wątpienia uporządkowanie rozrzuconych przepisów w jeden akt prawny i uzupełnienie tej gałęzi prawa o rozwiązania pożądane na rynku jest właściwe. To pozytywny efekt wejścia w życie nowych przepisów, jednak niektóre rozwiązania psują rynek i powinny być jeszcze raz przemyślane, zanim negatywnie się na nim odbiją. Ustawodawca nie powinien się zamykać na głosy z rynku i uwzględnić krytykę specjalistów. [MAS]