Prywatyzacja 26 uzdrowisk rozpoczęła się ponad trzy lata temu, ale w prywatne ręce trafiło tylko jedno. Na szczeblach rządowych trwa licytacja o to, jak i czy w ogóle prywatyzować. Za chwilę polemika może być czysto teoretyczna, bo zainteresowanie sektorem tracą kolejni inwestorzy, a spółkom grozi bankructwo.
Zgodnie z harmonogramem prywatyzacji uzdrowisk z kwietnia 2001 r., przynajmniej siedem uzdrowisk powinno mieć już prywatnych właścicieli i plany rozwojowe. Stało się to udziałem tylko jednej firmy — w Nałęczowie.
— Przekształcenia w pozostałych uzdrowiskach idą jak krew z nosa, a przecież wszystkich i tak by nie sprywatyzowano. Są zainteresowani Kłodzkiem, Buskiem czy Krynicą, Ale są też takie uzdrowiska, które nie mają szans na inwestora — mówi jeden z szefów czekającej na prywatyzację spółki.
Unieważniono zaproszenia do rokowań w dwóch spółkach, w pozostałych trwają prace przygotowujące do prywatyzacji. Wygląda to tak jakby ministerstwo skarbu nie za bardzo wiedziało, co z tym fantem zrobić. Harmonogram ministrów skarbu Jerzego Buzka nie został wykonany, a ich następca przedstawił nowe propozycje.
Sprzedaż uzdrowisk miała pomóc nie tyle rozwinąć im skrzydła, ile odbić się od dna. Mogły na tym zyskać również gminy uzdrowiskowe, bo część wpływów ze sprzedaży miała trafić do ich budżetów. Zabrakło jednak regulacji prawnych i sprawa nie posunęła się naprzód. Ostatnio zaś minister zdrowia zażądał zaś całkowitego wstrzymania prywatyzacji do czasu wdrożenia przepisów normujących działalność uzdrowiskową.
Zdaniem Wojciecha Gucmy, prezesa Unii Uzdrowisk Polskich (UUP), w ciągu trzech lat funkcjonowania reformy ubezpieczeń zdrowotnych sytuacja finansowa uzdrowisk pogorszyła się tak drastycznie, że odkładanie przekształceń grozi likwidacją lub bankructwem wielu placówek.
— Prace nad nową ustawą trwają od 12 lat. Nic nie wskazuje na to, żeby miały się zakończyć w najbliższym czasie. Uzdrowiska potrzebują szybkiego dokapitalizowania, a gminy, środków na rozwój infrastruktury okołouzdrowiskowej. Nie dostajemy i nigdy nie dostaniemy tych pieniędzy od ministra zdrowia. Te spółki trzeba poddać działaniu wolnego rynku. Argumenty, że zagraniczny inwestor zajmie się tylko wydobywaniem wody i przestanie leczyć, są niepoważne — tłumaczy Wojciech Gucma
Na szczeblu resortu zdrowia i skarbu najczęściej pojawia się obawa przed wstrzymaniem podstawowej działalności uzdrowisk. Nie trzeba być wybitnym specjalistą, twierdzą ich przedstawiciele, żeby wiedzieć, że do utrzymania działalności leczniczej wystarczą odpowiednie zapisy w umowie prywatyzacyjnej.
Być może jeszcze latem okaże się, czy MSP zdecyduje się zamknąć drugą prywatyzację — Uzdrowiska Połczyn — i przyjmie ofertę konsorcjum tworzonego przez austriacką firmę BWT, dostawcę urządzeń do uzdatniania wody. BWT jako jedyny złożył ofertę wiążącą. Nieoficjalnie wiemy, że zawiera ona warunki wydobycia kopalin (głównie wód), jak i prowadzenia działalności sanatoryjnej.
— Obecnie najwyżej 15 proc. usług sprzedaje się na rynku komercyjnym. Nawet jeśli ten poziom uda się podwoić, to i tak da on za małe zyski wobec ogromnych potrzeb inwestycyjnych. To nieprawda, że inwestorzy nastawiają się tylko na eksploatację ujęć wody. To jest po prostu ta część działalności, na której można zarobić, po to, aby utrzymać całą resztę — twierdzi Wojciech Gucma.
Wkrótce marzenie Mariusza Łapińskiego może się spełnić bez specjalnych starań. Przedstawiciele uzdrowisk twierdzą, że inwestorzy sami odsunęli się już od branży. Kasy chorych drastycznie, bo do zaledwie 0,9 proc. całego ich budżetu, zmniejszyły w ostatnim roku wydatki na lecznictwo uzdrowiskowe.W przekładzie na język biznesu oznacza to, że nikt nie chce kupować produktu oferowanego przez sanatoria. A żaden inwestor nie kupi firmy, której usług nikt nie kupuje.


