Adres: Domaniewska w Warszawie. Przynależność: światowa korporacja marketingowa. Te dwie wskazówki mówią niemal wszystko. Będzie zatem trendy, światowo, logicznie i z połyskiem blichtru. W godnych wnętrzach zasiądą wymuskani młodzi z wielkich miast z wielkimi planami, w trampkach i ciasnych dżinsach. A jednak MSL Group, agencja zajmująca się głównie public relations, wymyka się tej myślowej sztampie. Weźmy choćby biurko Sebastiana Hejnowskiego, szefa MSL Group w Polsce. Rozmiarami blatu przypomina mebel dla pierwszoklasisty. — To chyba najmniejsze biurko prezesa, jakie widziałem — przyznaje właściciel mebla. A ten mimo mikrych gabarytów jest niczego sobie, stylowy, niemal stuletni, wprost z antykwariatu przy placu Zbawiciela. Do kolekcji jeszcze pakiet rodem z lat 50. — dwuczęściowa komoda i stolik do kawy z fotelami. Połączenie staroci z nowoczesną architekturą budynku daje pożądany efekt miłego zaskoczenia. Choć bardziej zadziwia wiszący gdzieś nad głowami pracowników czerwony, nieco sfatygowany zderzak. Pytające spojrzenia nie są dla Sebastiana Hejnowskiego niczym nowym. O kawałek samochodu pytają wszyscy, którzy pierwszy raz przychodzą do MSL.

— To z auta Kuliga — mówi gospodarz. I wszystko jasne.
Natura rozlana
Janusz Kulig, zmarły tragicznie rajdowiec, był przyjacielem Jerzego Ciszewskiego. A Ciszewski to jeden z nestorów polskiej branży PR i założyciel agencji, którą kilka lat temu przejął Publicis i wcielił do swej sieci MSL. Wtedy firma zajmowała oryginalne, ale nieprzesadnie porywające pomieszczenia na Mokotowie, część dawnej... ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. — To Jerzy włożył najwięcej umiejętności i serca w projekt nowych wnętrz, które tchnęły nową jakość w naszą pracę — przyznaje Sebastian Hejnowski, patrząc na upstrzone sportowymi akcentami drewniane manekiny, zastygłe przy wejściu do biura.
Sprawką Jerzego Ciszewskiego są także żywe palmy, hamak, kanapy i budki telefoniczne w strefie relaksu. — Skąd manekiny? Kupiłem — odpowiada w swoim stylu Jerzy Ciszewski, stojąc pośrodku swojego kąta do pracy, gdzie oprócz gigantycznej fototapety z F-16 nic się od czasów starej siedziby nie zmieniło — graciarnia na całego. Fotograficzne, kronikarskie i zbierackie pasje Ciszewskiego odciskają zresztą piętno na całym biurze. Ściany zapełniają oprawione w ramy fotografie m.in. z Camel Trophy 93’, ministerialne podziękowania za pomoc przy powodzi w 2001 r. czy startu niedawnego Biegu Niepodległości, gdzie swoje trzy grosze dorzucili spece od wizerunku.
Cisza pieniędzy
Odważny kolor, fototapety z korporacyjnym logo w tle, a nawet pasiasty hamak prowokują do pytań, czy to aby jednak nie rezultat sieciowych procedur. Że ma być fajnie jak w biurach MSL w Paryżu i Londynie. Sebastian Hejnowski zaprzecza. — Nikt nie ingerował w to, jak się urządzimy — mówi, prowadząc do palarni kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Ot, osłonięty szkłem tarasik z drzwiami wprost do biura, by nikt nie miał pretekstu do znikania „na dole, na fajkę” co kwadrans na kwadrans. Zimna kalkulacja przyświecała też szefom MSL przy projektowaniu części, w której zasiadają spece od PR związanego z rynkiem finansowym. W tym przypadku wielobarwność oznacza odcienie bieli i szarości, żadnych fajerwerków. Tu się pracuje pod krawatem i zgodnie z zasadą, że duże pieniądze lubią ciszę. Także kolorystyczną.
