W dół ciągnie podwykonawca

opublikowano: 15-01-2013, 00:00

Współorganizacja EURO 2012 oraz goszczenie kilku światowych czempionatów, choćby w podnoszeniu ciężarów czy siatkówce, rozbudziło społeczne nadzieje na kolejne igrzyska przez duże I.

Konkretnie zamarzyła się nam zimowa olimpiada w roku 2022. Co chwila ktoś to podgrzewa, na przykład wczoraj przebywający na Podhalu prezydent Bronisław Komorowski. Realnie jednak polskie szanse na tę imprezę nie są większe od tych, które miało Zakopane ubiegające się o igrzyska 2006. Przede wszystkim bez sensu wybrany został sam rok 2022. Międzynarodowy Komitet Olimpijski stosuje niepisaną, ale rzeczywistą zasadę rotacji kontynentalnej i akurat igrzyska zimowe 2022 umownie należą się Ameryce. A jeśli nawet Europa zechce się z tą zasadą zmierzyć, to prawie na pewno powtórną próbę podejmie wielki przegrany rywalizacji o olimpiadę 2018, czyli Monachium.

Plany entuzjastów naszych igrzysk czysto teoretycznie mają sens. Nominalnym miastem olimpijskim byłby Kraków, w którym odbyłyby się uroczystości otwarcia i zamknięcia oraz halowe konkurencje lodowe. Narciarstwo klasyczne, biathlon i snowboard przyjęłoby Zakopane, a całą część alpejską i trochę hokeja na lodzie oddalibyśmy na słowacką stronę Tatr. Taka konstrukcja zimowej imprezy jest zgodna ze współczesnymi trendami, ostatnio formalnymi gospodarzami są metropolie leżące niedaleko gór.

Najsłabszym punktem owego zamku stawianego na lodzie jest… Zakopane. Abstrahując nawet od możliwości infrastrukturalnych i warunków górskich, zimowa stolica Polski obecnie zarządzana jest w stylu, który wyklucza tamtejszy samorząd jako poważnego partnera. A przecież władze powiatu tatrzańskiego zadań i obowiązków miasta nigdy nie przejmą, nie mają do tego żadnego tytułu prawnego.

W minioną niedzielę, czyli dzień po konkursach Pucharu Świata w skokach, odbyło się w Zakopanem referendum w sprawie odwołania burmistrza Janusza Majchra. Wyniki okazały się typowe dla większości takich przedsięwzięć — referendum było nieważne ze względu na zbyt małą frekwencję, przy urnach zabrakło 1700 wyborców. Ale spośród tych, którzy się jednak pofatygowali, 81,5 proc. opowiedziało się za odwołaniem burmistrza, a broniło go tylko 18,5 proc. Notabene zasady gry referendalnej polegają na tym, że obrońcy władzy zawsze… zostają w domu. Zakopiańskie głosowanie było ciekawe od strony formalnej — jego podstawą nie były podpisy mieszkańców, lecz uchwała rady miasta, podjęta po uprzednim nieudzieleniu burmistrzowi absolutorium za rok 2011.

Po klapie frekwencyjnej wszystko zostaje po staremu. W latach 2013 i 2014, już do końca kadencji, będzie narastał konflikt obu organów wybranych bezpośrednio przez mieszkańców — czyli burmistrza oraz rady opanowanej przez inną opcję polityczną. Celowo pomijam, kto trzyma które lejce, bo nieszczęsna jest sama okoliczność, że ciągną one miasto w różne strony. Pęknięcie stało się tak głębokie, że trudno sobie wyobrazić zasypanie go nawet dla tak szczytnego celu, jakim byłyby przygotowania do igrzysk. Zakopane ma być dla Krakowa tylko podwykonawcą, ale dołuje całą olimpijską inwestycję już w fazie projektu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane