W firmach tyka kolejna bomba

Adrian Boczkowski, Anna Borys
opublikowano: 2009-01-27 00:00

Toksyczne opcje to nie wszystko. Firmy znów płaczą. Rok temu zamieniły drogie kredyty złotowe na tańsze w jenach

Wśród zarządzających krajowych instytucji finansowych znów huczy od spekulacji. Tym razem nie chodzi o toksyczne opcje walutowe, lecz o tzw. CIRS (Currency Interest Rate Swap). To instrumenty, które pozwalały zamieniać drogie kredyty złotowe na tanie denominowane w japońskich jenach. Teraz transakcje, które miały jedynie obniżyć ratę kredytową, pogrążają wiele przedsiębiorstw. Niektórym grozi upadłość. Ich szefowie i właściciele utrzymują, że nie byli świadomi ogromnego ryzyka.

Rok temu mało kto wśród bankowców i przedsiębiorców przejmował się ryzykiem walutowym, podpierając się ponadczteroletnim trendem spadkowym notowań JPY/PLN. Wiosną 2004 r. sto jenów kosztowało nad Wisłą 3,6 zł, a podczas ostatnich wakacji — już tylko 1,9 zł. Problem w tym, że w ostatnich miesiącach kurs JPY/PLN niespodziewanie, gwałtownie skoczył o ponad 90 proc. Zamiast kilku tysięcy złotych zysku na racie kredytowej teraz straty przedsiębiorców idą często w miliony złotych.

Problem CIRS może zmieść z powierzchni wiele firm. Według niektórych naszych rozmówców związanych z krajowymi instytucjami finansowymi bomba swapów walutowych tyka nawet mocniej niż toksyczne opcje walutowe. O ile bowiem opcje kupna waluty były wystawiane z reguły przez krajowych przedsiębiorców na maksymalnie rok, o tyle CIRS — na wiele dłużej. Często nominał instrumentu był zdecydowanie większy niż w przypadku opcji. Komisja Nadzoru Finansowego jednak uspokaja. Z jej danych wynika, że dla całej gospodarki problem swapów walutowych powinien okazać się mniejszy niż opcyjna zawierucha. Opierając się na grudniowym raporcie KNF oraz zachowaniu kursu JPY/PLN, można szacować, że straty polskich firm na CIRS sięgają 1-2 mld zł. Dla porównania straty na toksycznych opcjach walutowych mogą sięgnąć aż 4-7 mld zł.

Do redakcji "PB" niemal codziennie dzwonią rozżaleni przedsiębiorcy. Tylko nieliczni przyznają się do własnej głupoty i chciwości. Większość alarmuje, że dała się nabrać na agresywną sprzedaż i promocję możliwych zysków z CIRS przez banki, które "zapomniały" o pełnej informacji o ryzyku. CIRS miał być rewelacyjną metodą na obniżenie kosztów kredytów.

Tymczasem niektórzy analitycy podczas nieformalnych spotkań łapią się za głowę. Mówią, że "spięcie" CIRS jest niezwykle trudne i ryzykowne. Argumentują, że ryzyko jest tu tak duże, że żaden bank nie powinien oferować takich produktów, zwłaszcza niewielkim firmom, które nie otrzymują za swoje produkty czy usługi jenów.

W ubiegłym roku tego typu produkty finansowe oferowało krajowym firmom szczególnie kilka banków. W rozmowach z przedsiębiorcami najczęściej pada nazwa BRE Banku. Jego przedstawiciele zapewniają nas, że transakcje CIRS są w ofercie banku od wielu lat i pierwsze półrocze 2008 r. nie odbiegało od poprzednio obserwo-wanej aktywności sprzedażowej.

"Brak jest danych na temat rynku tego typu transakcji w Polsce, a udział w nim BRE Banku, w naszym przekonaniu, nie odbiega od udziału w rynku innych instrumentów pochodnych" — twierdzi Roman Jamiołkowski, który kieruje biurem prasowym BRE Banku.

Co to jest CIRS?

Transakcje CIRS (Currency Interest Rate Swap) polegają na zamianie strumieni płatności opartych na stawce procentowej w jednej walucie na płatności oparte na stawce procentowej w innej walucie. W I poł. ub. r. kusząco mógł wyglądać CIRS zamieniający strumienie złotowe na strumienie w jenach. W ten sposób firma, która miała kredyt w złotych, oparty na wysokim WIBOR, mogła spłacać go, opierając się na bliskiej zeru rynkowej stopie w Japonii. CIRS wystawia jednak strony umowy nie tylko na ryzyko stopy procentowej, ale też na ryzyko walutowe. Kiedy po wielu latach spadku kursu JPY/PLN, jesienią nastąpił nagły zwrot, kontrakty CIRS polskich firm zaczęły być wyceniane na minusie. Trzeba bowiem wycenić spodziewane przepływy z kilku lat przy obecnym kursie. A notowania jena wzrosły z 1,9 zł na przełomie lipca i sierpnia do 3,8 zł obecnie. Banki wzywają więc klientów do wpłacania depozytów zabezpieczających przyszłe płatności, a ci twierdzą, że nie zostali poinformowani należycie o ryzyku takich operacji.

Prezesi! BĄdŹcie fair

Zarząd spółki giełdowej powinien w ciągu doby od uzyskania istotnej informacji poinformować o tym inwestorów. Ujemna wycena instrumentów pochodnych na pewno jest taką informacją. I nie jest ważne, czy dotyczy to chwili bieżącej, czy może uda się problem "schować" na kolejne kwartały. Na utratę zaufania naraża się kilkadziesiąt spółek z GPW, które wciąż milczą o stratach walutowych. Na drugim biegunie jest na przykład chemiczny Ciech, który zdał ten egzamin. Nowy zarząd dopiero po kilku tygodniach analizowania dokumentów dotarł do szokujących transakcji, które mogą obciążyć ubiegłoroczny wynik Ciechu 160 mln zł. Niezwłocznie poinformował jednak o tym rynek, a nie "wybranych". Apelujemy do zarządów spółek, aby nie chowały głowy w piasek. Problem sam się nie rozwiąże za miesiąc czy kwartał. Prezesi! Ujawnijcie więc wysokość ujemnych wycen poszczególnych instrumentów, w tym opcji i CIRS, by zmniejszyć i tak dużą już niepewność na rynku.

Relacja — FIRMA 1

Straciliśmy więcej

niż całoroczny zysk

Zamieniliśmy oprocentowanie kredytów złotowych na kredyt w jenach japońskich. Różnica w oprocentowaniu wynosiła 4 proc. Oszczędności to kilka tysięcy złotych miesięcznie. Cieszyliśmy się dwa (!) miesiące. W październiku zaczął się horror. Pierwsze wezwanie do uzupełnienia kaucji będącej zabezpieczeniem CIRS. Dokładna analiza produktu: umowa na 5 lat, kurs PLN/JPN od lat w tendencji spadkowej, różnica w oprocentowaniu przemawia na naszą korzyść. Skąd zatem wezwanie do uzupełnienia kaucji? Odpowiedź była prosta: spadek wartości złotego i ogromna aprecjacja jena. Wszystko w tempie galopującym. Tak jak wezwania do uzupełnienia kaucji, które otrzymywaliśmy od BRE Banku. Zresztą, zgodnie z podpisanymi umowami. Podjęliśmy rozmowy o zwiększeniu limitu na kaucję — bezskutecznie. Prosiliśmy o transakcję przeciwstawną. Bank nie miał takiego produktu. Zauważył tylko, że wiele firm zamyka transakcje ze stratami, obawiając się, że będzie jeszcze gorzej. Stres, nerwy, panika. W trosce o losy firmy zamknęliśmy w grudniu transakcję. Strata 625 tys. zł (więcej niż zeszłoroczny zysk). Robiliśmy wszystko, żeby rok zamknąć z wynikiem dodatnim w obawie o reakcję innych banków.

[dane do wiadomości redakcji]

Relacja — FIRMA 2

Szok minął, ale jestem na lekach

Prowadzę hurtownię materiałów budowlanych. W ten biznes od 15 lat inwestuję z rodziną wszystkie oszczędności. Na budowę hurtowni wziąłem kredyt 2 mln zł. Przyjechał do mnie dyrektor suwalskiego oddziału dużego krajowego banku. Zaproponował CIRS jako metodę na obniżenie oprocentowania kredytu. Sprowadził nawet doradcę z Białegostoku, który miał mi pomagać (odezwał się do tej pory tylko raz). Zaufałem swojakom, a co miesiąc miałem dostawać zwrot 6-8 tys. zł ze względu na różnicę stóp procentowych w Polsce i Japonii. Wszedłem w 5-letni CIRS 16 września przy kursie otwarcia 2,246 za sto JPY. O tym, że są jakieś depozyty, zabezpieczenia, ryzyko kursowe i możliwość strat dowiedziałem się dopiero "w praniu", jak kurs jena eksplodował. Obecnie resztką sił mam wpłacone na depozycie prawie 1,2 mln zł. Pierwszy szok już minął, ale nadal jestem na lekach. Szukam dobrego prawnika, bo nowych wersji umów, jakie ostatnio mi przysłali, nie podpisałem. Do tego bankowcy na pewno wiedzieli, czym grozi CIRS. Bank proponuje mi jedynie kolejny kredyt. Spróbuję się z tego jakoś wyplątać, bo rodzina może stracić dorobek całego życia.

[dane do wiadomości redakcji]

CIRS nie jest dla

przedsiębiorców

Łukasz Tarnawa

główny ekonomista PKO BP

Zazwyczaj kontrakty typu swap walutowo-procentowy (tzw. CIRS) banki zawierają między sobą. Ostatnio wiele takich kontraktów instytucje zawarły na franka szwajcarskiego. Jeśli bank ma złotówki, może wykorzystać kontrakt CIRS i w ten sposób ma dostęp do franków, nie sprzedając fizycznie złotówek. Zazwyczaj kontrakty typu CIRS nie są wykorzystywane przez firmy. Mało jest sytuacji, w których taka transakcja miałaby sens. Gdy firma ma duże nadwyżki walutowe i nie chce ich zamieniać na krajową walutę, może minimalizować ryzyko zmian kursowych właśnie takim kontraktem. Jednak taka sytuacja jest niezwykle rzadka. Zgodnie z regulacjami banki nie powinny oferować takiego produktu firmom, które nie mają w statucie zapisanej działalności finansowej.

Adrian Boczkowski

Anna Borys