W pierścieniu ognia

Karolina Guzińska
opublikowano: 2005-03-25 00:00

Bulgocze, drży i wybucha. Kamczatka z wulkanami w lodowych czapach. Kiedyś testowano tu pojazdy księżycowe. Dziś turyści moczą się w gorących źródłach.

Liosza, Siergiej, Sasza i Sasza — kierownik sprzedaży, parkingowy, właściciel apteki, kucharz okrętowy. I dwoje Polaków: Rafał Sadowski i Urszula Trybuchowska. Kurier z własną działalnością gospodarczą i studentka psychologii. Łączy ich pasja — miłość do motocykli. Poznali się w Pietropawłowsku Kamczackim. I zaprzyjaźnili, bo — jak to hobbyści — nadają na tych samych falach.

— Miejscowi motocykliści pokazali nam najciekawsze zakątki Kamczatki. Objechaliśmy całą sieć drogową półwyspu — wspomina Rafał Sadowski.

On i Urszula przemierzyli w sumie 26 tys. km — z Warszawy na Kamczatkę i z powrotem. Na motocyklu. Miesiąc i dwa dni w jedną stronę. Przez Moskwę, Kazań, Czelabińsk, Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck, Czitę, Jakuck i Magadan. Stamtąd samolotem do Pietropawłowska (półwysep z kontynentem łączy tylko transport lotniczy). Kamczatkę zwiedzali dwa tygodnie.

Kosmiczny krajobraz

Ta górska kraina wybrzusza się niemal 200 wulkanami (28 czynnych). Stanowi część „pierścienia ognia” otaczającego Ocean Spokojny: w paśmie Wyspy Kurylskie — Kamczatka piętrzy się 68 aktywnych „stożków” (ponad 10 proc. lądowych wulkanów Ziemi). Kluczewskaja Sopka (4750 m) to największy wulkan Eurazji. I jeden z najpotężniejszych na świecie — wyrzuca 60 mln ton bazaltu rocznie.

— Nocowaliśmy u stóp olbrzyma. Rozpaliliśmy ognisko, a rosyjscy przyjaciele opowiadali o Niemcu, który — podobnie jak my — przyjechał na Kamczatkę motocyklem. W okolicach Kluczewskiej Sopki miał spotkać UFO. Śmieliśmy się, póki nie spojrzeliśmy w niebo. A tam — dziwne światło i ruchome obiekty. Pewnie deszcz meteorytów, ale czuliśmy się nieswojo... Rano wędkarze łowiący ryby w rzece wyjaśnili nam, że pobliska tajna baza wojskowa wystrzeliwuje sputniki w niebo. Pewnie widzieliśmy start... — opowiada Rafał Sadowski.

Nie pokusili się o wspinaczkę na giganta. Wystarczyła im piesza wędrówka po zboczach wulkanu Awaczinskaja (2741 m). Jednego z dwóch górujących nad Pietropawłowskiem — głównym miastem Kamczatki. Można je zdobywać, choć o Koriakskiej (3456 m) powinni zapomnieć mniej doświadczeni turyści. Podnóża obydwu zaczynają się 30 km od miasta. Ze szczytów podziwia się Zatokę Awaczyńską i inne wulkany.

— Podejście stromym stokiem Awaczyńskiej zajmuje 6–8 godzin. Wędrówkę utrudniają szczeliny w lodowcach, wiatr i mgła — nie wolno iść bez przewodnika! Choć przez tydzień bolały nas nogi, warto było. Zaglądaliśmy do krateru — dymił, ale nie pluł lawą. Minerały mieniły się pomarańczą i czerwienią, kontrastując z zielonymi łatami siarki. Z dziur w ziemi leciała para, sycząc i furkocząc jak z czajnika — opisuje Rafał Sadowski.

Najłatwiejszy do zdobycia (2–4 godziny) wulkan Kamczatki to Góra Mutnowskaja (2322 m). Ale i jej nie wolno lekceważyć — zwłaszcza przy złej pogodzie.

— By podziwiać krajobrazy, nie trzeba się wspinać: z samolotu Magadan — Pietropawłowsk rozpościera się piękny widok na Zatokę Awaczyńską i otaczające ją wulkany. Pokryte lodem stożki dymią, a czarny bazalt zboczy przebija pasami spod śniegu. Przez to góry wyglądają jak lody z automatu — opisuje podróżnik.

Pietropawłowsk też poraża egzotyką — tłem dla osiedli z wielkiej płyty są wulkany, strzelające w niebo smugami dymu...

Wygrzać kości

Malownicze doliny półwyspu kryją jeziora, gejzery i gorące źródła.

— Przyjemnie się w nich wygrzać, gdy człowiek zmarznie na motocyklu — uważa Rafał Sadowski.

Miasteczko Małki, dokąd pojechali, słynie ze źródeł termalnych. W niektórych nie da się kąpać — takie są gorące. A obok płynie lodowato zimny strumień.

— Zanurzasz się powoli: najpierw w chłodną wodę, potem w coraz cieplejszą. Na dnie jeziorek zalega błoto termalne. Parzy, gdy wsunąć w nie rękę. Ale ludzie się nim smarują — dodaje podróżnik.

Małki pozostaje na uboczu turystycznych szlaków. Za to w Esso, liczącym 300 mieszkańców, wyrosły hoteliki z basenami termalnymi. Miejscowi twierdzą, że osada powstała we wnętrzu wygasłego krateru. Nazywana jest kamczacką Szwajcarią — stoją tu drewniane, malowane na niebiesko domy, otoczone ogródkami. A ludzie hodują warzywa w szklarniach, ogrzewanych za pomocą gorących źródeł. W Esso założono muzeum ludów kamczackich: Ewenów przybyłych 150 lat temu z dzisiejszej Republiki Sacha, rdzennych Itelmenów i Koriaków, resztek ludu Czukczów zamieszkujących północno-wschodnią część półwyspu. Niektóre plemiona wciąż wędrują, wypasając stada reniferów.

— Wizualnie trudno tych ludzi odróżnić. Podobni do siebie, skośnoocy... Bawiliśmy się na festynie Ewenów: śpiewali i tańczyli w tradycyjnych strojach. Żyją w namiotach, rozpiętych na palach jak indiańskie wigwamy. Byliśmy w takim, ale sprawiał wrażenie przygotowanego „pod turystów” — uważa Rafał Sadowski.

Najsłynniejsze miejsce na Kamczatce to Dolina Gejzerów (150 km od Pietropawłowska) — część Kronockiego Rezerwatu Biosfery, znanego m.in. z wodospadów. Gejzery — strzelające parą, wodą i błotem — ogląda się podczas pieszej wycieczki po chodnikach z desek.

— Do doliny nie ma drogi. Leci się śmigłowcem, za 200-300 dolarów od osoby. W cenie — przelot nad wulkanami i wycieczki do gejzerów: bulgoczących kałuż, przy których ziemia jest tak ciepła, że można spać bez karimaty... — zachęca podróżnik.

Przemyt kawioru

Porastająca półwysep tundra i tajga to królestwo rysiów, baranów śnieżnych, rosomaków, wilków, łosi, reniferów... I brunatnych niedźwiedzi, które — jak ludzie — zażywają kąpieli w gorących źródłach: siarczana woda zabija pchły i kleszcze. Trzeba uważać — w 2000 r. jeden z misiów rozszarpał samotnego japońskiego turystę. Dlatego lepiej podróżować w grupie — także ze względu na trujące wyziewy wulkanów i grząskie kipiele, skryte pod gruntem.

— Nie spotkaliśmy niedźwiedzia. Ale znajomemu motocykliście, jadącemu wieczorem do Esso, przeszła przez drogę samica z małym. To odosobniony przypadek. Ostrożne misie obchodzą ludzi z daleka — chyba że są głodne, wybudzone ze snu, ranne... Ten pożarty Japończyk łaził za niedźwiedzicą z młodymi i robił zdjęcia. Zdenerwowała się w końcu... — tłumaczy Rafał Sadowski.

Półwysep oplata sieć krystalicznych rzek — najdłuższe z 14 tys. cieków wodnych to Kamczatka (758 km) i Penżina (713 km). Mnożą się w nich liczne gatunki łososia, ruszające latem na tarło w górę strumieni. Po złożeniu ikry umierają — leżą na brzegach, a misie mają wyżerkę.

— Masowo odławia się łososie na eksportowy kawior. Połowy regulują rygorystyczne przepisy: trzeba mieć licencję, wnieść opłaty... Policja szuka kontrabandy: nie narkotyków, ale... nielegalnego kawioru! Nas też zatrzymali, kazali otwierać kufry — wspomina podróżnik.

Ludzie i tak kłusują — „czerwona ryba” to chodliwy towar.

— Mmmm! Świeży kawior, wykrojony z łososia i lekko posolony... Pycha! Poczęstowali nas takim... kłusownicy! Resztę ryby przyrządził na ognisku kucharz Sasza — rozmarza się Rafał Sadowski.

Zachodnie wybrzeże Kamczatki z łagodną linią brzegową ostro kontrastuje ze wschodnim — stromym, urozmaiconym zatoczkami i półwyspami. Zatoka Awaczyńska, nad którą rozłożył się Pietropawłowsk, zalicza się do najpiękniejszych na świecie (ponoć kryje tajną bazę atomowych łodzi podwodnych). W przybrzeżnych wodach baraszkują delfiny, na kamienistych wysepkach wylegują się foki i morsy, a urwiste skały skolonizowały tysiące morskich ptaków. Kto ma szczęście, zobaczy wieloryba...

— My wybraliśmy się do miasta Oktiabrskij, gdzie gromadzą się foki nerpy. By je podejrzeć, trzeba się skradać — takie są płochliwe. Zobaczyliśmy jedną. Druga była martwa... Miejscowi rybacy nie lubią nerp. Bo podpływają do sieci i odgryzają rybom głowy. No i same się w nie zaplątują... — wyjaśnia Rafał Sadowski.

Młodzi Polacy wyjechali z Kamczatki we wrześniu 2004 r. I już myślą o kolejnej wyprawie — motocyklem dookoła świata. Teraz szukają sponsorów.

Możesz zainteresować się również: