W Unii jak w ciąży, nie można być trochę

Jacek Zalewski
opublikowano: 13-03-2008, 00:00

Obstrukcja Prawa i Sprawiedliwości wobec ratyfikacji traktatu z Lizbony — którego zapisy jeszcze niedawno jawiły się sławą i chwałą braci Kaczyńskich — tylko pozornie jest polityczną schizofrenią. Po pierwsze — to warunek konieczny utrzymania jedności pękającego klubu PiS. Po drugie, a według mnie ważniejsze — psychologicznym podłożem jest zazdrość Jarosława Kaczyńskiego i jego poczucie wielkiej historycznej niesprawiedliwości, że polityczną śmietankę spili w światłach rampy Donald Tusk i Radosław Sikorski, którzy realnie do traktatu nic nie wnieśli.

Poprawki zaproponowane przez PiS do jednozdaniowej ustawy ratyfikacyjnej są hybrydą. Preambuła nie ma jakiegokolwiek znaczenia prawnego i jest czystym politycznym chciejstwem. Mnie najbardziej zdumiewa PiS-owskie uwielbienie dla Konstytucji RP, która przecież — jako pomiot Aleksandra Kwaśniewskiego i opoka III RP — jeszcze niedawno była programowo negowana przez budowniczych IV RP. O ile w preambule znać intelekt nie tylko prezesa Kaczyńskiego, ale też Przemysława Edgara Gosiewskiego, o tyle skomplikowany prawnie, dodawany artykuł 2 to już najczystsza Anna Fotyga.

W pracach komisyjnych propozycje PiS przepadną, potem wrócą jako wnioski mniejszości i na forum Sejmu także przepadną — i dopiero staniemy przed ścianą. W końcowym głosowaniu ustawę ratyfikacyjną musi poprzeć dwie trzecie posłów (liczonych od obecnych na sali). Wystarczy, że zwarty klub PiS się wstrzyma — wcale nie musi być przeciw — i z ratyfikacji przez Polskę nici. Siły protraktatowe teoretycznie zbiorą najwyżej 301 szabel, a potrzeba 307. A nawet gdyby z powodów frekwencyjnych (choć trudno w to uwierzyć) Sejm jakimś cudem ustawę przyjął, to PiS zablokuje ją w Senacie, gdzie ratyfikacja ma tylko 61 pewnych głosów, potrzebuje zaś 67 (wszystkie teoretyczne rachunki odnoszą się do stuprocentowej frekwencji).

Skoro w 2003 r. społeczeństwo zatwierdziło w referendum przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, to dzisiaj cała ta polityczna szarpanina ratyfikacyjna naprawdę jest musztardą po dawno strawionym obiedzie. A największym paradoksem jest okoliczność, że tylko wejście traktatu z Liz-bony w życie stwarza hipotetyczną możliwość… wyprowadzenia kiedyś Polski z UE! Zatem eurosceptykom, nie tylko tym z PiS, powinno zależeć na jak najszybszej ratyfikacji, po której mogliby rozpocząć dzieło wyrywania kraju z okowów UE ku prawdziwej niepodległości. Utopia, ale teoretycznie możliwa.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu