W życiu musi być kolorowo

opublikowano: 25-01-2021, 15:16
aktualizacja: 28-01-2021, 10:09

Stworzyłem firmę jako nastolatek. Mimo że od tej pory minęły trzy dekady, nawet na moment nie znudziłem się swoim biznesem. Dzięki temu powstają 30-metrowe konstrukcje reklamowe, ale moje aspiracje sięgają znacznie wyżej – mówi Jarosław Włodarczyk, założyciel firmy Graffico, która zdobyła zaszczytny tytuł Gazeli Biznesu, potwierdzający, że należy do najszybciej rozwijających się przedsiębiorstw w Polsce.

Jaroslaw Wlodarczyk Prezes firmy Graffico z Torunia.
Jaroslaw Wlodarczyk Prezes firmy Graffico z Torunia.
WOJTEK SZABELSKI

„Puls Biznesu”: Skąd pomysł, żeby w wieku 16 lat założyć firmę? Czy nie okradł się pan z młodości?

Jarosław Włodarczyk, szef Graffico: Chciałbym powiedzieć o chęci bycia niezależnym, ale prawda jest taka, że musiałem szybko stanąć na własnych nogach. To życie za mnie zdecydowało. Pewnie wolałbym cieszyć się młodością i beztroską, ale zawsze tłumaczę sobie, że wszystko jest po coś. Myślę też sobie, że jako młodzieniec ciągnęło mnie do bycia liderem w moich mikrośrodowiskach. Lubiłem przewodzić, więc jak stałem się szefem samego siebie, nie chciałem sam siebie zawieźć. Zdobywałem doświadczenie, lata leciały i klik – nagle mam 48 lat i jestem w takim miejscu, że niczego nie żałuję. Teraz patrzę na moje dzieci, które same garną się do pracy. Antek, 18-latek, w każdej wolnej chwili pracuje w Graffico, w weekendy w restauracji, by doświadczyć pracy w innej firmie, pod innym nadzorem. Antoni urodził się z naturalnie wrodzoną cechą, unikatową w dzisiejszych czasach – kultu pracy. Lubi rozwój, doświadczanie, obserwowanie, analizowanie – trochę jak ja. Gdy na niego patrzę, jestem zadowolony, bo wiem, że jakąkolwiek drogę obierze, wie czego szukać. Szczęścia i zadowolenia w życiu i w pracy.

Od jakich produktów i usług rozpoczął pan przygodę z biznesem jako nastolatek?

Wszystko zaczęło się od starej maszyny Heidelberga do druku, kupionej od księdza z plebanii pelplińskiej. Nazywamy ją Lola i stoi do dziś jako pamiątka w naszym showroomie. Druku uczyłem się sam, pomagał mi pan Gerard, mistrz drukarstwa. Trzeba pamiętać, że były to czasy, kiedy zamawiało się międzymiastowe rozmowy telefoniczne, nie było komputerów i internetu, znalezienie odpowiedniej farby i dodatków drukarskich graniczyło z cudem. Realizowałem zamówienia na ulotki, wizytówki, reklamy. Gdy spotykałem się z klientem, ubierałem się w bordową, „obciachową” marynarkę, wyglądałem jak ubogi makler z Wall Street. Wszystkiego uczyło mnie życie. A dzisiaj pojawiają się 30-metrowe konstrukcje, z nogami do nieba. I w tych chmurach została też moja głowa.

Jak rozwijała się działalność Graffico przez 31 lat? Czy były chwile przełomowe? Czy zdarzył się moment, kiedy całe to pana imperium mogło się rozlecieć na małe kawałki?

Zaczęło się od wynajęcia piwnicy i kolejnej większej piwnicy, bo było najtaniej. Z czasem zaczęliśmy wychodzić z „podziemia”, pojawiły się siedziba, hale produkcyjne, kolejni pracownicy, park maszyn. Do dziś pamiętam dreszcz emocji, gdy w hali produkcyjnej zainstalowano pierwszą suwnicę czy prasę krawędziową. Wszyscy byliśmy zachwyceni, że idziemy do przodu. Praca w biznesie to jest cykliczne kontrolowanie, patrzenie w przyszłość, analizowanie problematycznych sytuacji, ale i wyciąganie wniosków z sukcesów. Cały czas jestem na standby’u, ale dzięki temu nigdy nie było momentu krytycznego. Potrafimy dostosować się do otoczenia, więc nawet pandemia nie okazała się dla nas groźna.

Jakiej decyzji finansowej, inwestycyjnej lub biznesowej żałuje pan nawet po latach?

Szczęśliwie uświadomiłem sobie, że udało się nam uniknąć złych i dotkliwych w skutkach decyzji. Oczywiście, zdarzały się bardziej lub mniej trafione koncepcje, ale powtarzam swojemu zespołowi, że jak Japończyk się przewraca, nigdy nie wstaje z pustymi rękoma. Zawsze wyciągam wnioski, zarówno z porażek, jak i z sukcesów.

Nie lubi pan w odniesieniu do siebie słowa „prezes”. Dlaczego?

Bo po pierwsze nim nie jestem, co wynika z rodzaju działalności, a po drugie nie potrzebuję tytularnych zwrotów. Dla pracowników jestem współpracownikiem lub bossem. Mam cele i wizję, którymi zarażam zespół, żebyśmy wspólnie wiedzieli sens tego, co robimy. Mamy cel, choć ostatnio przyczepiło się do mnie hasło „droga, nie cel”. Cel jest ważny, ale jakość i wartość drogi, która prowadzi nas do celu, jest równie istotna. Wzbogaca nas w emocje i wspomnienia. Częściej wspominamy drogę niż cel. Dotyczy to również życia prywatnego.

W jakim stopniu Gazela z Torunia jest już turkusową organizacją? Jakie są kłopoty we wdrażaniu tego modelu zarządzania?

Dla mnie ideałem jest firma zielono-turkusowa. Dążymy do tego i cieszę się, że wszyscy w firmie podzielają tę filozofię. Powoli więc wypracowujemy i wprowadzamy zasady, które nas przybliżają do tego celu zgodnie z misją i wizją firmy. W Polsce podejście turkusowe dla wielu jest „dziwne”, bo firma musi działać na zasadzie przełożony – podwładny, systemem nakazowo-zakazowym. Zanim poznałem pojęcie turkusowej organizacji, my już staraliśmy się tak funkcjonować – przede wszystkim partnerstwo, współpraca, rozwijanie umiejętności indywidualnych. Nie podcinamy skrzydeł, u nas trawa nie musi rosnąć równo. Dajemy zatrudnionym możliwość popełniania błędów. Pozwalamy się rozwijać, zapewniamy dużo wolności i to sprawia, że większość zespołu to pracownicy długoletni. To bardzo cieszy i napawa dumą.

Jakie wyzwania niesie z sobą zarządzanie firmą w dobie pandemii?

Gdy rozpoczęła się pandemia, niektórzy klienci zamrozili zlecenia, co było zrozumiałe. Pojawił się strach o pracowników i ich rodziny. A zdarza się tak, że pracują u nas małżeństwa. Ale zaczęliśmy myśleć, główkować i mobilizować się pod hasłem „wszystkie ręce na pokład”. I powstał Czystojak – bezdotykowa stacja do dezynfekcji rąk. To, z jaką energią, zapałem i samozaparciem pracował cały zespół, było dla mnie wzruszające. Każdy wiedział, że teraz jest czas, by stanąć ramię w ramię, pracować do nocy, byśmy mogli pójść naprzód. To był trudny, ale niesamowicie energetyczny i optymistyczny czas. Wzmocnił nas, jeszcze bardziej zacieśnił międzyludzkie więzi. Z moich obserwacji wielu firm w czasie pandemii wynika, że przedsiębiorstwa zarządzane według modelu czerwonego obecnie mają najtrudniej, bo pracownicy nie identyfikują się z pracodawcą, z szefami. Sami siebie traktują jak konkurencję.

Czym się pan kieruje podczas rekrutacji i doboru partnerów biznesowych?

Uczciwością i partnerskimi relacjami. Sam jestem emocjonalny, więc dobrze mi się rozmawia z pasjonatami, entuzjastami i pozytywnymi osobowościami, stosującymi zawsze zasady fair play w biznesie. Gentleman agreement przede wszystkim. Do zespołu zapraszam tylko osoby z otwartą, kolorową głową, z podobnymi wartościami, chcącymi się rozwijać bez takich środków motywacji jak tabelki i targety, ceniące uśmiech, szacunek i dobre relacje. Na wizytówce mam napisane „jestem longplay” – jestem lojalny. Nie robię nic na chwilę. Inwestuję w długie relacje, zarówno biznesowe, jak i wewnątrzfirmowe. Pracuje z nami pan Kazimierz – jest z nami od 20 lat, a sam ma… prawie 70. A razem z nim pracuje jego syn. Chce być częścią Graffico, u nas czuje się jak w rodzinie. Pan Kazik też jest longplayem, podobnie jak ja.

Czego nie lubi pan w innych, a za co ceni ludzi?

Cenię wspomnianą postawę fair play i uczciwość. Gierkom i dwuznacznościom mówię „nie”. Lubię, gdy ludzie mnie inspirują, kiedy mają osobowość i otwartą głowę. Uwielbiam jednostki z wysoką kulturą osobistą, bo ona nadaje ton rozmowie, negocjacjom, zarządzaniu, współpracy, podejściu do wielu zawodowych i prywatnych kwestii.

Czy zarządzania można się nauczyć?

I tak, i nie. Owszem, podstawowa wiedza z zarządzania procesami, zespołem, dotycząca usprawniania pewnych działań jest niezbędna. Do tego ciągły rozwój, szkolenia, inspirowanie się innymi przedsiębiorstwami i rozwiązaniami pozwalają otworzyć oczy i głowę, wprowadzić zmiany. Ale niektóre elementy zarządzania to kwestia cech charakteru. Słyszałem już wiele takich historii, że szefem działu została osoba, która na poprzednim, specjalistycznym stanowisku wykonywała swoją pracę doskonale. I choć była świetna w tym, co robi, nie miała cech lidera i nie potrafiła zarządzać zespołem. Nie każdy musi te cechy mieć. Szacuję, że umiejętność zarządzania zależy w 50 proc. od wiedzy, a w 50 proc. od cech charakteru i intuicji.

Jakie książki czyta szef Graffico, jakie filmy ogląda?

Podobno dobry manager powinien czytać 50 książek branżowych rocznie. Wymaga to dużej dyscypliny. Kiedyś, za namową mojego zespołu, postanowiłem nie przychodzić do pracy w poniedziałki i każdy pierwszy dzień tygodnia całkowicie poświęcam na edukację, samorozwój, czytanie lektur, szukanie inspiracji – czerpię z tego dużą przyjemność. Moi znajomi mówią, że najdroższą książką była „Stworzona do sprzedaży” Johna Warrillowa, bo czytałem ją przez cały wyjazd do Meksyku kilka lat temu. Znalazłem w niej inspirację do tego, aby uczynić firmę bardziej kompletną, lepiej przygotowaną do sukcesji. Polecam tę lekturę wszystkim, którzy chcą inaczej spojrzeć na swój biznes i uporządkować go tak, jakby miał być przygotowany na sprzedaż. Nie wystarczyłoby miejsca, żebym mógł wymienić wszystkie książki, które mnie zainspirowały. Ostatnie pozycje to „Mecz wygrywa się w szatni” i „Jak czytać ludzi”. Co do filmów: oglądam dużo dokumentów, szczególnie biografii twórców, wizjonerów, przedsiębiorców z różnych dziedzin. Ostatnio na linkedinie zarekomendowałem kilka moich ulubionych dokumentów: https://www.linkedin.com/posts/jaros%C5%82aww%C5%82odarczyk_sam-bardzo-szeroko-patrz%C4%99-na-%C5%9Bwiat-czytam-activity-6755800930328870912--UWK).

Jarosław Włodarczyk jest również podróżnikiem. Jakie kraje pan zwiedza?

Podróżuję tam, gdzie są kolorowi ludzie – staram się być z dala od komercji, lubię poznawać kultury od ich prawdziwej, nieturystycznej strony.

Znakiem rozpoznawczym szefa Graffico są tatuaże. Mają one walor estetyczny czy są zapisem pana filozofii życiowej?

Uwielbiam tatuaże. Może trochę rekompensują mi brak bujnych włosów (śmiech). Nie są one jednak tylko malunkami, obrazami. Mam ponad 40 tzw. wlepek i każda ma znaczenie prywatne lub biznesowe. Tatuaże wyrażają moje wartości, ważne momenty, zabawne sytuacje. Czytając moje ciało, znajdziecie autoportret mojej córki gdy miała pięć lat, SMS-a mojego syna, w którym wykazał się mistrzostwem negocjacyjnym, tarczę szkolną ze szkoły podstawowej, gdzie poznałem moją żonę, kilka cytatów, w tym szczególnie ulubiony „Tylko z ludźmi, którzy ciągną w górę”, portret Grzesiuka, którego czytałem jako nastolatek. Na dłoni mam rok mojego urodzenia, by pamiętać o uciekającym czasie, i serce, bo wciąż jestem zakochany w mojej Oli. Mam też numer pierwszego firmowego telefonu, pierwsze i obecne logo Graffico. Na ramieniu można zobaczyć lwa w stylu retro, który jest moim znakiem zodiaku, boksera, mnóstwo kwiatów, choć to podobno niemęskie… oraz choinkę Wunderbaum – ta historia, niestety, nie nadaje się na łamy „Pulsu Biznesu” (śmiech).

Plany Graffico na najbliższe miesiące, kwartały i lata?

Nadal reklamy do nieba, wysokie do samych chmur. Nadal rozwój osobisty i firmowy, silny zespół i ciągle parcie do przodu. Mamy już plany na nowe, innowacyjne i designerskie produkty – pandemia pokazała, że jesteśmy w stanie w krótkim czasie stworzyć świetny produkt. To nam dało rozpęd. I nie zamierzamy go stracić.

W domu jest taki sam
Aleksandra Włodarczyk
menedżer marketingu i sprzedaży, żona założyciela Graffico

Czym Jarosław Włodarczyk w biznesie różni się od Jarosława Włodarczyka prywatnie? Od 32 lat jesteśmy razem i pracujemy razem. Nazwałabym go najlepszym SPIRITUS MOVENS, jakiego znam. Jarosław prywatny i zawodowy ma te same oblicza. Jest maksymalistą jako menedżer, który zawsze chce lepiej i bardziej. Jest maksymalistą w czasie prywatnym, który celuje w rozwój, wspólny dobry czas i dobre relacje z naszymi dziećmi. Dużo mówi w pracy, tłumaczy, rozwija myśli, szkoli, inspiruje, podsuwa dobre rozwiązania. W domu również buzia mu się nigdy nie zamyka, ale dzięki temu z nim nigdy nie jest nudno. Dzieci dostają od Jarosława mnóstwo wiedzy, spostrzeżeń, analiz, rad, wsparcia oraz inspiracji życiowych i zawodowych, co czyni je bardzo wyjątkowymi nastolatkami, jeśli chodzi o świadomość, wszechstronność, skromność i umiejętność analizy rzeczywistości. Jarosław w pracy i poza nią ma dobre serce. Emocjonalny, sprawiedliwy i zawsze pozytywny szef, tata i mąż – marzenie!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane