Wajda nakręciłby rynek sztuki

Gdyby prac Strzemińskiego nie brakowało, ceny mogłyby wzrosnąć. Najbardziej podobają się przecież obrazy, które już raz się widziało

Inżynier Mamoń był zdania, że podobają mu się tylko raz już zasłyszane melodie, a miało się tak dziać „poprzez reminiscencję”. Na rynku sztuki jest dosyć podobnie, bo to, co najbardziej rozpoznawalne i wspominane, z naturalnych przyczyn spotyka się zazwyczaj z większym popytem niż dzieła znane nielicznym. W przejrzystej regule jest natomiast haczyk — strapiony Stańczyk, różne wersje słoneczników Van Gogha i większość innych malowideł od razu przychodzących nam do głowy, ma już właścicieli i wisi w muzeach, skąd rzadko udaje się im trafić do obiegu. W ubiegłym roku do grupy szybkich skojarzeń filmowcy próbowali przemycić kilku bohaterów: „Powidoków” i „Ostatniej rodziny”. Dobry moment, żeby sprawdzić, czy kino wpłynęło w ogóle na ceny ich dzieł na rynku.

Zobacz więcej

CZAS APOKALIPSY: Twórczość Zdzisława Beksińskiego ewidentnie jest teraz w trendzie — cena za obraz z końca lat 70. wyniosła na zeszłorocznej aukcji 135 tys. zł. ARC

Sprzedawaj, jak leci

Jeśli byłoby tak, że drożeją prace artystów, o których kręci się filmy, wypadałoby śledzić wszystkie plany reżyserów i scenarzystów. Żeby ocenić, czy warto, trzeba się jednak uodpornić, bo rynek — owszem — potrafi gwałtownie zareagować na kinową premierę, ale nie zawsze wzrostem cen. Ożywienie na aukcjach można było zauważyć, zanim jeszcze opowieść o rodzinie Beksińskich była w pełni nakręcona, a 2016 r. był rekordowy pod względem sprzedaży prac głównego bohatera. Obrót na aukcjach zwiększył się w stosunku do poprzedniego roku ponadtrzykrotnie, a dokładnietrzy razy wzrosła liczba wylicytowanych prac, wynika z danych Artprice. Jedno z drugim łatwo się więc układa we wniosek, że średnia cena pozostała na wcześniejszym poziomie, czyli trochę powyżej 40 tys. zł. Z opieraniem się na przeciętnych stawkach na rynku sztuki i tak zwykle jest problem, bo poza wysoko wycenianym malarstwem w obiegu są też dużo bardziej dostępne grafiki — dlatego zamiast mówić o pewnej zwyżce, lepiej ograniczyć się do mierzenia popytu. Utrzymane w raczej apokaliptycznym klimacie obrazy Zdzisława Beksińskiego w zeszłym roku po prostu najlepiej się sprzedawały, co widać po

danych z aukcji, gromadzonych przez Artprice. W 2016 r. niesprzedane obiekty stanowiły około 18 proc., ale przez osiem poprzednich lat nabywców znajdywała w przybliżeniu tylko połowa wystawionych. Film o artyście niekoniecznie gwarantuje wobec tego krótkoterminowy zysk, ale z pewnością potrafi zwiększać płynność, czyli ułatwiać sprzedaż. Na tak trudnym rynku to osiągnięcie, za które mógłby przysługiwać Oscar.

Powidoki powidoków

W równie spektakularny wykres układa się sprzedaż prac głównego bohatera „Powidoków” — tyle tylko, że liczba wylicytowanych

obiektów wzrosła z trzech do czterech. Żaden z wystawionych nie przypominał wielobarwnych, grubo malowanych plam, nad którymi malarz pochylał się, siedząc na podłodze przez wiele scen w filmie. W przeciwieństwie do niepokojącego malarstwa Beksińskiego twórczość Władysława Strzemińskiego i Katarzyny Kobro musiała się mierzyć i z wojną, i z równie niszczącą późniejszą propagandą — niewiele więc zostało. Przedstawiona w filmie Andrzeja Wajdy para artystów nie tworzyła niczego, czym dałoby się uhonorować trud robotników, bo zarówno Strzemiński, jak i jego żona, rzeźbiarka Kobro, pracowali

nad sztuką czystą, wolną od służby politycznym ideom. Inwestycja w pracę malarza nie zawsze byłaby wobec tego do zrealizowania natychmiast, ale wnioskując po cenach, byłaby stosunkowo bezpieczna. Rysunek ołówkiem wielkości trzydziestu paru centymetrów osiągnął 2 lata temu cenę 115 tys. zł, a w ubiegłym roku zarys twarzy jedną kreską został sprzedany za 45 tys. zł. Jeśli mowa o dorobku jego żony, baza aukcyjnych sprzedaży wymienia cztery, wszystkie zagraniczne, a w nich jedna sprzed 27 lat. Wkład, jaki miała w sztukę Katarzyna Kobro, był ogromny i bardzo intelektualny — oparty na badaniach, wyliczeniach, teorii — ale trudno inwestować, skoro podczas wojny jej rzeźby wyrzucano na śmietnik. W relatywnie dobrym stanie przetrwały natomiast dzieła w zgodzie z socrealistyczną doktryną, chociaż ich aukcyjne wyniki dowodzą, że inwestor nie miałby z nich aż takiego pożytku, nawet jeśli ekranizacją losów takiego twórcy zająłby się świeżo nagrodzony reżyser „La La Landu”. Mimo że wpływ kina na rynek sztuki potrafi być ogromny, lepiej nie przywiązywać się do reguł, bo czasem film przyciąga tłumy widzów, a na pokazywany w nim obraz prawie nikt nie zwraca uwagi. Warta ponad 1 mln EUR odbitka Edvarda Muncha wisiała na przykład na jednej z sypialnianych ścian w „Ciemniejszej stronie Greya”. Raczej nie była główną atrakcją ujęcia, bo z bohaterem tego kandydata do Złotych Malin przegrywają nawet najstarsze domy aukcyjne. Kiedy wpisujemy Christie’s do wyszukiwarki, pierwsza podpowiedź to w końcu Christian Grey. Tym razem dominuje tak, że nie ma się z czego śmiać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wajda nakręciłby rynek sztuki