Wczorajsza sesja w USA była bardzo interesująca. Z pozoru można byłoby powiedzieć, że nic się nie działo, ale to nie byłaby prawda. Zamówienia na dobra trwałego użytku spadły najwięcej od 2002 r., ale dane z poprzedniego miesiąca znacznie podniesiono w górę. Za to dane o sprzedaży nowych domów były naprawdę fatalne. Spadek o około 12 proc., do poziomu najniższego od pięciu miesięcy, był nieoczekiwanie duży. Po tym raporcie było praktycznie pewne, że dolar nie będzie się wzmacniał, a rentowność obligacji spadnie, bo inwestorzy będą się mniej bali podwyżki stóp. I tak rzeczywiście było. Wydawało się, że o kierunku indeksów zadecydują dane o zapasach ropy i benzyny, ale rynek ropy zachował się inaczej niż można było oczekiwać. Po informacji z Departamentu ds. Energii o spadku zapasów benzyny i braku zmiany w zapasach ropy można było oczekiwać wzrostu cen. Nic z tych rzeczy. Cena ropy rzeczywiście lekko drgnęła, ale bardzo szybko zaczęła spadać i w końcu sesji mocno spadła. Widać, że tym rynkiem miotają spekulacje i emocje często nie mające nic wspólnego z realiami.
Mieliśmy więc tę samą kombinację, która wywołała wtorkową zwyżkę: słaby dolar, spadająca rentowność i taniejąca ropa. Nic dziwnego, że inwestorzy nie chcieli sprzedawać akcji. Trzeba też wziąć pod uwagę ostrzeżenie władz o planie przeprowadzenia ataku terrorystycznego na terytorium USA. Nie widziałem żadnej reakcji. Mimo małych zmian indeksów ta sesja była kolejną wygraną byków.
Dzisiejszy raport makro z USA teoretycznie nie powinien mieć znaczenia, bo będzie to kolejne przybliżenie danych o PKB. Ewentualna zmiana nie powinna być duża, a poza tym to już naprawdę jest historia, a giełdy rzadko reagują na dane historyczne, które nie będą miały przełożenia na wyniki spółek. Jest jednak w tym raporcie element, który może wpłynąć nad rynek. Podobno deflator (wskaźnik zmian ogólnego poziomu cen wszystkich dóbr i usług) jest ulubionym wskaźnikiem inflacji Alana Greenspana. Ten wskaźnik też nie powinien odbiegać znacznie od tego, co podawano wcześniej (to też będzie kolejna weryfikacja), ale gdyby jednak tak się nie stało, a zmiana była spora, to giełdy zareagowałyby gwałtownie. Im większa wartość deflatora, tym gorzej. Nie przypuszczam, żeby tygodniowe dane z rynku pracy coś w obrazie rynku zmieniły. Trzeba również brać pod uwagę to, że dzisiaj jest czwartek. Kto będzie chciał sprzedać akcje przed długim weekendem (w poniedziałek w USA i Wielkiej Brytanii jest święto) nie będzie czekał do jutra, kiedy sesja będzie z cała pewnością małoobrotowa i leniwa.
Na GPW wczoraj zaczęliśmy sesję od sporego wzrostu, co było normalną reakcją na wynik sesji w USA i wzrost indeksów w Eurolandzie. Tam indeksy otworzyły okna hossy i flirtowały z ważnymi oporami. U nas brakowało przekonania, że rzeczywiście akcje już trzeba kupować, co w końcu doprowadziło do marazmu. Neutralna decyzja Rady Polityki Pieniężnej poprawiła jednak nastroje. Prawdę mówiąc niczego innego po Radzie nie można było oczekiwać, choć byli inwestorzy oczekujący ostrzejszych działań. Zapewne dlatego duży optymizm utrzymywał się do końca sesji. Martwiło tylko to, że obrót na wzroście był mniejszy niż we wtorek na spadku. Testu 1.600 pkt. nie było i jest szansa, że docelowo go unikniemy. Co prawda zakręcenie indeksów w oknie bessy, powrót CCI pod linię „0” to sygnały sprzedaży, ale każdy sygnał może być zanegowany, a po wczorajszej sesji obraz techniczny znacznie się poprawił. Wydaje się, że w najbliższym czasie rynek wejdzie w trend boczny z dolnym ograniczeniem na 1600 pkt., a górnym poniżej 1700 pkt. Przełamanie jednego z tych poziomów pokazałoby kierunek. Najgorsze jest to, że nie widać powodu, dla którego należałoby mieć akcje w ciągu następnych 2-3 tygodni. Sygnału kupna nie ma i byłbym bardzo ostrożny, jeśli chodzi o nabywanie akcji po to, żeby szybko na nich zarobić.