Francuski król Henryk IV Burbon w 1594 r. zadeklarował przejście z kalwinizmu na katolicyzm słynną maksymą „Paryż wart jest mszy”, chcąc zdobyć przychylność mieszkańców katolickiej stolicy. Zachowując wszelkie proporcje — współcześnie dla naszej klasy politycznej wcale nie mniej atrakcyjna wydaje się posada prezydenta Warszawy. Wystarczy przypomnieć wielkość budżetu stolicy — w 2017 r. dochody wyniosą ponad 15 mld zł, wydatki zaś 16,5 mld zł (deficyt pokryty zostanie z kredytów), w tym prawie 3 mld zł pójdzie na inwestycje.

PiS od czasów Lecha Kaczyńskiego nie miało szans na prezydenturę Warszawy. Dlatego na początku roku podjęło żenującą próbę zmiany jej ustroju, pod płaszczykiem tzw. metropolii, w której o obsadzie fotela w ratuszu mieli współdecydować mieszkańcy gmin z podwarszawskiego pierścienia, bardziej sprzyjający PiS. Na szczęście projekt fatalnej metropolii w atmosferze wstydu trafił do kosza. Obecnie, przedstawiając projekt zmiany kodeksu wyborczego, który wczoraj przeszedł pierwsze czytanie w Sejmie, władcy kraju dokonują skoku na gminy do 20 tys. mieszkańców, niszcząc w nich samorządność opierającą się dyktatowi partii. Jednak w upolitycznionej z definicji stolicy oraz innych metropoliach istotnych zmian nie będzie. Szansę na przejęcie wielkiej samorządowej kasy PiS widzi przede wszystkim w rozbiciu opozycji na wiele list i wielu kandydatów na prezydentów.
Do niedawna takie nadzieje były w pełni zasadne, zwłaszcza w Warszawie. Od wczoraj nagle się to zmieniło. Szefowie rywalizujących o podobny elektorat PO i Nowoczesnej, czyli Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru (do soboty jest nim na pewno), nadzwyczaj zgodnie oznajmili, że kandydatem obu partii na prezydenta będzie Rafał Trzaskowski, poseł PO i były minister, a kandydatem na wiceprezydenta — Paweł Rabiej, współzałożyciel Nowoczesnej. Od razu trzeba przypomnieć, że wójt/burmistrz/prezydent powołuje i odwołuje zastępcę zarządzeniem, zatem w kampanii wyborczej postać Pawła Rabieja formalnie w ogóle nie zaistnieje i ma wymiar wyłącznie polityczno-moralny. Naturalnie pojawia się problem dotrzymywania obietnic, bo z tym bywa u polityków różnie. Na przykład w 2015 r. kandydująca na premiera Beata Szydło publicznie oznajmiła Polakom, że ministrem obrony w jej rządzie będzie Jarosław Gowin, ale po wyborach Jarosław Kaczyński obsadził Antoniego Macierewicza. Aż tak grube kłamstwo w przypadku samorządowej umowy warszawskiej wydaje się jednak niemożliwe. Zupełnie inna kwestia, jak po ewentualnym zwycięstwie prezydent z PO będzie współpracował z nieodwoływalnym politycznie (bo prawnie w każdej chwili) ambitnym pierwszym zastępcą z Nowoczesnej.
Ekumeniczna msza partyjna w Warszawie to dopiero pierwszy sygnał. Podobne porozumienia wyborcze zawierane będą w innych metropoliach oraz na poziomie sejmików. Na niższych szczeblach samorządu Nowoczesna w ogóle nie istnieje, natomiast nieźle prezentuje się tam PSL. W każdym razie zaskakująca, w kontekście wcześniejszych oświadczeń, umowa Grzegorza Schetyny z Ryszardem Petru bezdyskusyjnie tworzy nową jakość przed wojną w 2018 r. o samorządy. I raczej nie zostanie zakłócona wynikiem sobotnich wyborów przewodniczącego Nowoczesnej.