Warta i PZU uderzą w Janusza Szlantę

23-06-2004, 07:14

Firmy ubezpieczeniowe zażądały, by Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny odkupił od nich akcje Stoczni Gdynia. To złe wieści dla pomorskiej firmy.

Janusz Szlanta, były szef Grupy Stoczni Gdynia (GSG), która pod jego rządami zawojowała europejski rynek (a dziś stoi u progu bankructwa), znów ma kłopoty — tym razem z finansowymi akcjonariuszami spółki. W opałach znalazł się Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny (SFI) — firma należąca do byłych menedżerów pomorskiej grupy i mająca obecnie ponad 17 proc. walorów GSG. Część akcjonariuszy finansowych stoczni chce pozbyć się akcji i żąda — korzystając z opcji put — pieniędzy od SFI.

Ależ to wolta

Czy coś odzyskają? Niekoniecznie.

— Wiemy, że możliwości odzyskania środków zaangażowanych w stocznię są niewielkie. Warta Vita rozważa więc złożenie wniosku o upadłość SFI i tą drogą odzyskanie części pieniędzy — mówi Andrzej Gałganek, dyrektor biura strategii i rozwoju kapitałowego Warty.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że inny akcjonariusz — PZU — chce, by fundusz kupił jego akcje. Myśli o wszczęciu egzekucji komorniczej. Oficjalnie spółka nie wypowiada się w tej kwestii.

— Bez komentarza — ucina Magda Olborska z PZU.

Ze stoczni wyjść zamierza też Kredyt Bank. Nie wiadomo na razie jednak, czy i ten akcjonariusz będzie domagać się pieniędzy od SFI.

Straty i polityka

Czemu akcjonariusze uciekają ze stoczni? Powód jest jasny — udział w spółce zwiększył skarb państwa, a w konsekwencji spadło pozostałych inwestorów. W połowie lipca, kiedy zostanie zarejestrowane podwyższenie kapitału stoczni (80 mln zł od skarbu państwa), udział Kredyt Banku zmniejszy się z 19,77 do 14,33 proc., grupy PZU — z 9,48 do 6,88 proc., a spółek z grupy Warty — z 6,56 do 4,75 proc. Niemal do zera spadła też ich wartość, bo spółka słabo radzi sobie z restrukturyzacją. W piątek walne stoczni ma zatwierdzić bilans spółki, w którym widnieje strata, sięgająca 206 mln zł. Ostatni powód, oczywiście wymieniany nieoficjalnie przez akcjonariuszy, to próba ucieczki ze stoczni, bo coraz bardziej jest ona podatna na wpływy polityków.

Wszystko przez Elliota?

Czemu jednak akcjonariusze chcą pieniędzy od SFI? Mają opcję put wobec funduszu. Wiosną 1999 r. walne stoczni zdecydowało o jej dokapitalizowaniu. Akcje objęły firmy z grupy PZU, Kredyt Bank i spółki z grupy Warty. Zapłaciły 60 mln zł. SFI zagwarantował zaś im, że odkupi akcje stoczni.

— SFI nie zamierzał wtedy brać udziału w dokapitalizowaniu. Niestety, już po przegłosowaniu przez walne zmiany statutu stoczni, zgodnie z którą nowi inwestorzy musieli objąć 6 mln nowych akcji, z przedsięwzięcia wycofał się fundusz inwestycyjny Elliot — mówi Janusz Szlanta.

Brak tego inwestora uniemożliwiał zamknięcie emisji i pozyskanie przez stocznię 75 mln zł. W tej sytuacji SFI zaciągnął 15 mln zł kredytu i objął walory stoczni zamiast Elliota. Kredyt był poręczony przez GSG. Prokuratura oskarża Janusza Szlantę, że dokapitalizowując stocznię i poręczając kredyt, naraził firmę na straty sięgające 31 mln zł. W efekcie jednak także tu najwięcej do stracenia ma SFI. BGK, którego kredyt jest poręczony przez stocznię, już zdecydował o egzekucji komorniczej. Chce odebrać akcje stoczni należące do funduszu i być może je odsprzedać.

Jedno jest pewne — to zamieszanie nie służy samej stoczni, od której mogą odwrócić się nie tylko prywatni akcjonariusze, ale także banki oraz armatorzy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Warta i PZU uderzą w Janusza Szlantę