Ważne są wybory, a nie referendum

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-09-24 20:00

Kampania przed wyznaczonym na 15 października wyboro-referendum robi się coraz bardziej zdumiewająca.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Nie żeby ciekawsza merytorycznie, natomiast coraz bardziej szokuje wizerunkowy skręt zbliżającego się głosowania. Hierarchia prawna jest przecież absolutnie bezdyskusyjna – 15 października odbywają się nakazane przez Konstytucję RP co cztery lata wybory do Sejmu i Senatu, rozstrzygające, kto będzie sprawował w Polsce władzę ustawodawczą i wykonawczą w kadencji 2023-27 (składnikiem wykonawczej jest też prezydent RP, który ma inny kalendarz). Z rozkazu Jarosława Kaczyńskiego do dwóch kartek wyborczych dolepiona została jednak trzecia referendalna (przy czym możliwość łączenia głosowań ustawowo istnieje w III RP od… 28 lat), którą opozycja – żądająca równych warunków rozgrywki o mandaty posłów i senatorów – nazywa po prostu ulotką PiS, wydrukowaną za państwowe pieniądze i wręczaną głosującemu w lokalu wyborczym przez komisję obwodową.

Podczas weekendu dominujący w kampanii władcy naruszyli równowagę i postawili silny akcent na referendum. Przypomnę, że aż dwa z czterech pytań dotyczą jednego wątku – trzecie o barierę na granicy z Białorusią, zaś czwarte o unijny mechanizm relokacji imigrantów. Kiedy PiS przegłosowało w Sejmie uchwałę z pytaniami, nadreprezentacja jednej tematyki automatycznie skojarzyła mi się z… Dekalogiem. Na jego tablicach również nie wystarczyło w sprawie cudzołóstwa kategoryczne przykazanie szóste, zostało ono dodatkowo umocnione dziewiątym, praktycznie o tym samym. W obu przypadkach to dowód, że w ocenie twórcy/prawodawcy jakiś problem stał się absolutnie numerem jeden i w tekście musi zostać potraktowany ekstra. Przecież w referendum przy tej samej liczbie pytań dałoby się wygospodarować przynajmniej jedno dla problemu konstytucyjnego naprawdę „o szczególnym znaczeniu dla państwa”, a nie tylko dla tez podporządkowanych partyjnej doktrynie.

Ostatnie dni przebiegały w Polsce pod znakiem silnie powiązanego z referendum starcia propagandowego o film „Zielona granica”. Kosmiczna absurdalność zarzutów wobec Agnieszki Holland polega na tym, że 99,9 proc. krytykantów jej utworu… w ogóle nie widziało! Opierają się wyłącznie na kilkusekundowych migawkach, notabene ukradzionych producentowi i dystrybutorowi. Wyrywanie pojedynczych zdań z obszernego dzieła prowadzi do fałszywych wniosków. Przypomnę z dramatu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego szokującą scenę zemsty polskich chłopów na przypadkowej ukraińskiej rodzinie. W całym mrocznym obrazie o masowej zbrodni całkowicie się broniła, ale co by się działo, gdyby właśnie ta migawka była upowszechniana jako jedyny zwiastun „Wołynia”… Nagonka władców na „Zieloną granice” bez jej obejrzenia (!) kopiuje podobne kampanie z epoki PRL. „Dziady” zdjęte przez Władysława Gomułkę z afisza w warszawskim Teatrze Narodowym w sezonie 1967/68 zdążyła obejrzeć tylko garstka widzów, a potem cała Polska miała uwierzyć gigantycznej nagonce marcowej, że to paszkwil antyradziecki. Z kolei w sezonie 1980/81 dokumentalny film „Robotnicy ̓̓80” o strajku w Stoczni Gdańskiej co prawda puszczano w nielicznych kinach, ale cenzura wymusiła w gazetowych repertuarach tytuł „Wszystkie seanse zarezerwowane”. Wyjątkowo głupio władcy PRL usiłowali uderzyć w „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy, który po zdobyciu Złotej Palmy na festiwalu w Cannes nominowany był do Oscara w kategorii nieanglojęzycznej. Przegrał ze znakomitym węgierskim „Mefisto”, ale po wprowadzeniu stanu wojennego junta Wojciecha Jaruzelskiego chciała wycofać film Wajdy z konkursu jako antypaństwowy. No właśnie – co to będzie, jeśli Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej zakwalifikuje antypaństwową ponoć „Zieloną granicę” w kategorii międzynarodowej, a potem nawet… przegłosuje statuetkę Oscara.