Wchodzimy na pole minowe

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 19-02-2009, 00:00

Platforma nie zamierza czekać, aż opozycja namyśli się na przyjęcie euro. Igramy z ogniem, ale może się opłacić.

Rząd idzie do strefy euro bez PiS i rusza na pomoc złotemu. Odważnie — komentują eksperci.

Platforma nie zamierza czekać, aż opozycja namyśli się na przyjęcie euro. Igramy z ogniem, ale może się opłacić.

Rząd idzie na całość. Premier Donald Tusk podjął decyzję, że nawet bez poparcia opozycji zamierza dotrzymać harmonogramu przyjęcia euro.

— Zdecydowaliśmy się i zaryzykujemy wejście do mechanizmu stabilności kursowej ERM2 bez zmiany konstytucji. Premier Tusk potwierdził, że nic się nie zmienia, jeżeli chodzi o mapę drogową. Rok 2012 pozostaje naszym celem — oświadczył wczoraj Zbigniew Chlebowski, przewodniczący klubu Platformy Obywatelskiej.

To oznacza, że już za kilka miesięcy Narodowy Bank Polski (NBP) być może będzie musiał rozpocząć dwuletni bój z międzynarodowymi spekulantami o utrzymanie złotego na w miarę stabilnym poziomie w stosunku do unijnej waluty.

Pod obstrzałem

Ekonomiści uważają decyzję rządu za odważną, ale bardzo ryzykowną.

— Bez zgody opozycji całe przedsięwzięcie może zakończyć się fiaskiem — mówi Jarosław Janecki, główny ekonomista Societe Generale.

W mechanizmie ERM2 musimy przebywać bowiem przynajmniej dwa lata, w tym czasie kurs EUR/PLN będzie musiał utrzymać się w pewnym uzgodnionym paśmie odchyleń (prawdopodobnie po 15 proc. z góry i z dołu). To będzie wymagało wypuszczania na rynek rezerw banku centralnego. Na końcu tej drogi powinna czekać strefa euro. Żeby jednak tak właśnie droga się zakończyła, musielibyśmy spełnić też kilka dodatkowych warunków, m.in. dostosować ramy prawne do unijnych. A do tego potrzebna jest zmiana konstytucji, na co nie chce zgodzić się Prawo i Sprawiedliwość.

— Na miejscu rządu wchodziłbym do ERM2 po osiągnięciu kompromisu politycznego. Przebywanie w paśmie jest bardzo kosztowne, wiec operacja powinna zakończyć się przyjęciem euro. Bez porozumienia może się to nie udać — mówi Marek Zuber, główny ekonomista Dexus Partners.

Jeśli po dwóch latach konstytucja nadal nie będzie zmieniona, będziemy mieli dwa wyjścia. Oba fatalne.

— Albo poddamy się i opuścimy ERM2, co oznaczałoby zmarnowanie całego wysiłku, albo pozostaniemy w nim jeszcze na kolejne lata, co oznaczałoby dalszy ogromny koszt bez gwarancji sukcesu — mówi Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.

Ryzyko jest tym większe, że międzynarodowe rynki finansowe mogą chcieć zarobić na naszym klinczu politycznym, atakując złotego.

— To poważne zagrożenia, zwłaszcza że już teraz spekulanci z dużym powodzeniem osłabiają złotego. Wystarczają niewielkie sumy, żeby wpłynąć na kurs. Dlatego sam NBP sobie z tym nie poradzi, ma zbyt mało rezerw. Nawet zasobniejszy i cieszący się większą wiarygodnością Bank Anglii kilkanaście lat temu przegrał ze spekulantami — mówi Marek Zuber.

Chwila oddechu

Ekonomiści podkreślają jednak, że determinacja rządu do przyjęcia euro rodzi nie tylko zagrożenia, ale i szanse.

— Jeśli weźmiemy pod uwagę rynek walut, to wynika z niego, że Polska jest przez rynki wyceniana gorzej niż nawet Ukraina, nie mówiąc już o Czechach czy Węgrzech. Zrobienie kolejnego kroku w drodze do euro mogłoby nas pozytywnie wyróżnić wśród krajów regionu — uważa Jarosław Janecki.

— Poza tym ERM2 to w miarę stabilny kurs walutowy. Firmy i kredytobiorcy mieliby dwa lata wytchnienia — dodaje Marek Zuber.

Może się jednak okazać, że wejście do ERM2 w najbliższych miesiącach to tylko pobożne życzenia rządu. Zgodę musi wyrazić też Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i unijne kraje członkowskie. A ich przychylność stoi pod dużym znakiem zapytania, zwłaszcza w obecnych, kryzysowych warunkach.

Wczoraj Joaquin Almunia, unijny komisarz do spraw gospodarczych i monetarnych, ogłosił, że komisja wszczęła procedurę nadmiernego deficytu w stosunku do Grecji, Hiszpanii, Fracji, Łotwy i Malty. W krajach tych w minionym roku dziura w finansach publicznych przekroczyła bowiem 3 proc. PKB. Polska już wkrótce może dołączyć do krajów objętych procedurą, a dopóki w niej jesteśmy, o euro możemy zapomnieć.

— Jeżeli w jakichś krajach będzie zapowiadało się, że w 2009 r. deficyt przekroczy 3 proc. PKB, w drugiej połowie roku zastanowimy się nad wszczęciem w stosunku do nich procedury — powiedział Joaquin Almunia.

Tymczasem ekonomiści uważają, że w Polsce tak właśnie się stanie.

— Sądzę, że deficyt sektora finansów publicznych wzrośnie w bieżącym roku nawet do 4 proc. i małe są szanse, że w kolejnych latach spadnie poniżej 3 proc. Nawet gdybyśmy więc weszli do ERM2 w 2009 r. i przez dwa lata się w nim utrzymali, to nie spełnimy pozostałych wymogów potrzebnych do przyjęcia euro — mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.

Rząd rzuca na rynek fundusze unijne, żeby wesprzeć złotego. Mimo że cena euro nie doszła do 5 zł.

Złoty rozgrzał wczoraj emocje inwestorów do czerwoności. Zaczęło się od lekkiego umocnienia, po którym — jak zwykle — przyszło odreagowanie. Euro podrożało o 8 gr. Zapowiadało się, że nasza waluta znowu ma przed sobą koszmarny dzień. A jednak nie. O 11.30 gruchnęły dwie wiadomości, które dały złotemu mocny zastrzyk energii. Najpierw Zbigniew Chlebowski, szef klubu Platformy Obywatelskiej, na spotkaniu z przedsiębiorcami poinformował, że rząd zamierza wchodzić do mechanizmu ERM2 bez konsensusu politycznego, a konsultacje z Brukselą już trwają. Chwilę później Mirolsav Singer, wiceprezes banku centralnego Czech, powiedział, że skończył się czas obniżek stóp procentowych, a żeby pomóc koronie, bank może nawet je podnosić.

— To były mocne komunikaty dla inwestorów. Złoty w ciągu godziny umocnił się o 10 gr w stosunku do euro — mówi Grzegorz Maliszewski, ekonomista Banku Millennium.

Szczególnie komunikat z Polski zrobił wrażenie na inwestorach.

— To był główny powód umocnienia. Złoty zyskał bardziej niż np. forint czy czeska korona — uzasadnia Jarosław Janecki, główny ekonomista Societe Generale.

Amunicji nie wystarczyło jednak na długo. Przez następne półtorej godziny nasza waluta znowu lekko traciła na wartości. Aż do godziny 14.00.

— Prawdopodobnie wtedy resort finansów wymienił na rynku (a nie jak zwykle w Narodowym Banku Polskim) część funduszy unijnych. Wtedy jednak nikt nie znał jeszcze przyczyny umocnienia — mówi Grzegorz Maliszewski.

W wyniku tej interwencji złoty zyskał kolejne 6 gr w stosunku do euro. I na tym się skończyło.

— Wróciła normalność, czyli złoty znowu zaczął się osłabiać. Przez godzinę stracił całą przewagę wywołaną rządową sprzedażą euro — mówi ekonomista Banku Millennium.

O 16.15 resort finansów poinformował o interwencji. Co prawda, okazało się, że premier nie dotrzymał słowa i rzucił pieniądze na rynek nie przy 5 zł, jak zapowiadał we wtorek, lecz przy 4,84 zł za euro, ale skutek był pozytywny — znowu 6 gr do przodu. Wieczorem unijna waluta kosztowała 4,79 zł.

Same chęci nie wystarczą

Ryszard Petru

Nie przykładałbym większej wagi do dzisiejszych deklaracji przewodniczącego Zbigniewa Chlebowskiego. Nie wierzę w to, że — zgodnie z jego zapowiedzią — wejdziemy do mechanizmu ERM2 w tym roku, jak wynikałoby to z rządowego harmonogramu. Myślę, że rynkami też ta informacja nie zatrzęsła. One opierają swoje wyceny na znacznie szerszym zbiórze informacji, a nie jednym oświadczeniu szefa klubu Platformy Obywatelskiej. Traktuję tę wypowiedź raczej jako wyrażenie woli partii rządzącej, niż faktyczną decyzję dotyczącą przyszłości, również z tego powodu, że wejść do mechanizmu stabilizacji kursu nie pozwolą nam władze unijne. Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i rada ministrów finansów krajów członkowskich. Przy obecnym rozchwianiu rynków finansowych ryzyko związane z usztywnieniem kursu jest bardzo duże. To po prostu nie jest dobry moment na tak skomplikowane operacje. Warto poczekać z tą decyzją, aż rynki się ustabilizują i utrzymanie złotego w paśmie dozwolonych odchyleń będzie łatwiejsze i mniej ryzykowne.

Jacek

Kowalczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu