„Puls Biznesu”: Panie premierze, premier to — z języka francuskiego — „pierwszy”. Obserwując jednak pracę i pana, i pańskiego rządu, a szczególnie resortów gospodarczych, odnosimy często wrażenie, że nie jest pan pierwszy, lecz jedyny. Czy tak można kierować krajem?
Kazimierz Marcinkiewicz:Nie jestem jedyny. Państwo dostrzegacie tylko spory, różnice zdań między mną i poszczególnymi ministrami. A ich nie jest wiele. Te spory, napięcia — twórcze i potrzebne, by wybrać najlepsze rozwiązania gospodarcze — widać w mediach. A być może winny być dostrzegalne jedynie wewnątrz rządu. Tego jeszcze niestety nie potrafimy... Nie wiem, czy ktokolwiek na świecie potrafi. Ale rzeczywiście: pierwszy to zawsze pierwszy. Bo to ja podejmuję ostateczne decyzje.
Wśród polityków mówi się, że Andrzej Mikosz pozostaje jeszcze ministrem, gdyż nie chcieli panowie robić zamieszania przed objęciem urzędu prezydenta przez Lecha Kaczyńskiego. Kiedy zatem nastąpi reorganizacja rządu? Czy dymisja dotyczy również minister Teresy Lubińskiej?
Już od początku moich rządów media „zwalniają” ministrów. Nie deklaruję, że nie będzie w rządzie zmian. Muszą być, by utrzymać twórcze napięcie nad każdym z ministrów, by mobilizować do dobrej pracy. Tyle że w mediach pojawiają się głównie rozmaite spekulacje — i ministrowie, czytając gazety, pytają mnie: „co ja o tym sądzę”. A mam taki zwyczaj, że najpierw rozmawiam z określonym ministrem, a dopiero później podaję informację do mediów.
Sam pan dolewa oliwy do ognia. Po powrocie z Londynu powiedział pan, że ministrowie nie poradzili sobie z problemem cen paliw i musi pan sam się za to wziąć.
Tak, ministrowie nie byli dość twardzi przy rozmowach z szefami firm paliwowych. Miałem rację: po moich rozmowach ceny paliw poszły w dół.
Panie premierze, poseł Artur Zawisza tak się zapędził w polemice, że do osiągnięć gospodarczych rządu zaliczył becikowe, dożywianie dzieci i ustawę medialną. To naprawdę wszystkie sukcesy gospodarcze tego gabinetu?
Niekoniecznie. Sprawa becikowego to w dużej mierze efekt nacisków Ligi Polskich Rodzin. Ale ważniejsze w programie prorodzinnym są dłuższe urlopy macierzyńskie, plany budownictwa mieszkaniowego czy też — przygotowywane przez nas — ulgi na dzieci. Ustawa medialna wydaje się ważna z innych powodów... Dożywianie dzieci zaś ma również wymiar gospodarczy: przeznaczone na ów cel 600 mln zł rocznie w jakimś wymiarze pobudzi rynek w niektórych regionach.
Najważniejsze jest jednakże wzięcie w ryzy budżetu państwa i — w efekcie — utrzymanie tendencji wzrostowej w gospodarce. Spodziewamy się w grudniu 4-proc. wzrostu gospodarczego i 1-proc. inflacji. Trwa dobra koniunktura na GPW, no może tylko złoty jest trochę zbyt silny. Dane wskazują, że nie tylko nie zaszkodziliśmy, ale pomogliśmy gospodarce.
Twierdzenie trochę na wyrost. Bo że nie zaszkodziliście — to się zgadzamy.
Ale czy dzisiaj jest lepiej niż w sierpniu?
Mówi pan o tendencjach, cyklu koniunkturalnym...
Nie tylko o tendencjach. Staramy się wykorzystać potencjał społeczny, o którym ekonomiści zapominają. Jeśli mamy w Polsce do czynienia z rozbudzonymi nadziejami wśród ludności, to ma to przełożenie na procesy gospodarcze.
63 proc., pytanych w grudniu przez CBOS, Polaków rzeczywiście ufa premierowi, a szef rządu cieszy się największym zaufaniem społecznym wśród polityków. Ale jednak 52 proc. ankietowanych, tym razem przez TNS OBOP, rodaków uważa, że sprawy kraju idą w złym kierunku. Czyli ten optymizm nie przejawia się w deklaracjach.
Nie deklaracje są najważniejsze dla tego procesu, lecz właśnie ów element społeczny, mający ewidentny wpływ na to, co dzieje się w ciągu ostatnich miesięcy. Trzeba tę wolę zmian utrwalić i — w jakimś stopniu — już spełnić w całym roku 2006. W styczniu na przykład zainicjujemy przemiany prawa gospodarczego, zapewniające trwałą kontynuację wzrostu w gospodarce.
Mamy nieodparte wrażenie, że właśnie w resortach powiązanych z gospodarką trwa łapanka czy też polowanie na wiceministrów. Wciąż chyba nie ma tam „docelowego” zestawu ludzi, którzy mają nad tymi zmianami pra- cować.
Jest zupełnie odwrotnie! Przyznam: byłem zdziwiony, że możemy pozyskać do rządu tak wielu dobrych, czasem najlepszych na rynku specjalistów w poszczególnych dziedzinach.
Przejdźmy zatem do szczegółów. Minister Mikosz deklaruje — w pewnej mierze — łączność z pracami ministra Jacka Sochy, ale zarazem stawia go często pod pręgierzem opinii publicznej, jak choćby w kontekście prywatyzacji PGNiG. Jednocześnie w ministerstwie skarbu pozostał np. Michał Stępniewski czy też w resorcie finansów minister Jarosław Neneman...
Wiceministra Nenemana zastąpiła już nowa osoba, która zajmie się podatkami. Jeśli chodzi o ministra Stępniewskiego: współpracowałem z nim, będąc członkiem Komisji Skarbu Państwa, gdy był on pracownikiem ministra Sochy. Nie widzę powodów, by nie zachować ciągłości, by nie sięgnąć po wiedzę, która w resorcie po prostu była. I jest.
A co w takim razie z prywatyzacją? Będzie prywatyzacja czy raczej renacjonalizacja?
Prywatyzacja jest i będzie realizowana. W ustawie budżetowej wpisano konkretne firmy, przeznaczone do prywatyzacji. Na pierwszy ogień pójdzie chemia i parę innych spó- łek. Powstrzymaliśmy natomiast prywatyzowanie energetyki. Lada moment, bo w połowie stycznia, przedstawimy nowy program, dotyczący tego sektora. Przez ostatnie 15 lat ten sektor gospodarki wyjątkowo zaniedbano. To, co się dzieje w energetyce, jest po prostu skandalem. Firmy są kompletnie nieprzygotowane do uwolnienia rynku energii za półtora roku, nie są zrestrukturyzowane... Konsolidacja przebiegała zupełnie przypadkowo, nikt tym nie kierował...
Ale to związki zawodowe, w znacznej mierze, stoją za taką a nie inną sytuacją sektora.
Przede wszystkim słabi menedżerowie! Związkowcy są logiczni. Z nimi można rozmawiać o dobrych rozwiązaniach. Co im przyjdzie z tego, że za półtora roku będziemy mieli prąd z zagranicy?
Ich to nie interesuje, związkowiec nie patrzy w takim horyzoncie.
Będzie musiał. Powtarzam — źródłem problemów nie są tu związki zawodowe, lecz słabi menedżerowie. I politycy odpowiedzialni za ten sektor, bo zostawili nam kompletnie nieprzygotowaną branżę. Musimy przyspieszyć restrukturyzację. Dlatego wzięliśmy młodych, nieskażonych układami — i z nimi pracujemy nad nowymi planami. Już „za chwilę” je ogłosimy. I wówczas ruszymy z kopyta.
I będzie i prywatyzacja, i konsolidacja?
Oczywiście. Ale prywatyzacja dopiero po właściwym ułożeniu sektora. Bo dotychczas prywatyzowano poszczególne elementy. Nie wiadomo, po co... Weźmy na przykład PAK. Czy to dobry sposób prywatyzacji?
Czyli konsolidacja pionowa?
Najpierw konsolidacja, potem utworzenie grup energetycznych, później zaś prywatyzacja. I w czasie tego procesu rozwiążemy problem kontraktów długoterminowych.
A co z PGNiG?
Oddamy majątek Gaz Systemowi, przejmiemy kontrolę nad Euro-Pol- -Gazem. PGNiG pozostanie spółką giełdową.
Jeszcze przed wyborami mówił pan, że prezes PGNiG, Marek Kossowski odejdzie ze spółki. Dotrzymał pan słowa, lecz do dziś nie ma jego następcy — w spółce w końcu giełdowej.
Firma działa sprawnie, wszystko idzie zgodnie z prawem. Chcemy, by do spółek z udziałami SP trafiali najlepsi z najlepszych. Dlatego ogłaszamy konkursy, choć procedury trwają bardzo długo. Opłaca się. Postanowiliśmy wykonać jeszcze jeden ruch, który w szczegółach ogłosimy w styczniu: powołamy zespół lub zespoły — pierwsze sito dla wszystkich, którzy trafią do rad nadzorczych i zarządów spółek z udziałem skarbu państwa. Podobnie jak w przypadku wojewodów: powstało przy MSWiA zewnętrzne, niepartyjne grono specjalistów, egzaminujących kandydatów na wojewodów i wicewojewodów.
Dlaczego konkurs na członków zarządu PGNiG nie doszedł do skutku?
Nie wtrącam się w sprawy konkursów. Ale chciałbym, by stanowisko prezesa PGNiG było tylko tymczasowo obsadzone — do czasu aż będzie mógł tam wrócić najlepszy, według mnie, człowiek na to stanowisko.
Jeżeli mówi pan o powrocie, no to może chodzić tylko o Piotra Woźniaka, ministra gospodarki?
...
Dalszy ciąg wyliczanki: mamy wakaty w zarządzie LOT, w KGHM prezesi już pozakręcali słoiczki z herbatą, nie wiadomo, co z PKN Orlen...
W przypadku LOT remedium to konkurs. Sprawa KGHM wymaga szczególnej uwagi. Ta spółka nie ma szczęścia do prezesów. Koncern jest silnie powiązany z lokalnymi układami — i z tym procederem niedługo z pewnością zerwiemy. Analizujemy też sytuację w Orlenie.
A jak skomentuje pan wejście Sławomira Skrzypka, wiceprezydenta Warszawy, do zarządu PKO BP? Przecież nadzór bankowy będzie miał spore kłopoty z jego zatwierdzeniem.
To świetnie wykształcony menedżer z międzynarodowym doświadczeniem. W moim przekonaniu doskonale nadaje się do pracy w dobrej firmie. A z zatwierdzeniem nie będzie kłopotów, gdyż tylko od prezesa i od jednego z wiceprezesów wymagane jest dwuletnie doświadczenie bankowe.
Minister Mikosz walczy na wielu frontach, w tym PZU i Eureko, Pekao i BPH. Czy nie polegnie?
Z Eureko nie ma żadnej wojny. To próba — jestem przekonany, że w efekcie skuteczna — załatwienia sprawy, która od sześciu lat czeka na finał. A z Pekao i BPH... Uważamy, że dla polskiego rynku ta fuzja nie jest najkorzystniejsza. Ale gwarantuję, że polski rząd będzie działał zgodnie z prawem.
Co z reformą podatkową? Bo pani minister Lubińska jakby zaczęła się asekurować.
Reforma obejmie trzy ustawy dotyczące PIT, CIT i VAT. W podatku CIT nie przewidujemy rewolucyjnych zmian, ale uprościmy system rozliczania się. Koncepcję podatkową przedstawimy pod koniec stycznia, poddamy ją debacie publicznej i w marcu będzie czas na konkretne rozwiązania ustawowe. W czerwcu lub lipcu te ustawy powinien uchwalić parlament.
A podatek VAT?
Uproszczenia obejmą również VAT. Powstanie nowa ustawa, gdyż obowiązujące dziś przepisy są niepotrzebnie mocno zagmatwane.
Czy skorzystacie z propozycji Lewiatana?
Pojawi się nowy projekt, ale projekt Lewiatana nie jest zły.
Szef klubu PiS, Przemysław Gosiewski, powiedział — po ostatnim posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej — że RPP, nie decydując się na obniżki stóp, uzasadnia konieczność jej likwidacji w nowym projekcie konstytucji. Jak pan to skomentuje?
PiS od dwóch lat zapowiada, że przy zmianie konstytucji chce zlikwidować RPP. Rada od niepamiętnych czasów powtarza, że trzeba dokonać redukcji wydatków, a wśród jej członków jest kilku byłych ministrów finansów, którzy tych cięć nie dokonali.
I jeszcze budżet unijny. Czy czuje się pan zwycięzcą?
Absolutnie wygraliśmy! Ten, kto tam był i czuł tę walkę, wie doskonale, że w obecnej sytuacji to najlepszy z możliwych budżetów.
Ale gdyby Marek Belka przywiózł taki budżet pół roku temu, mówiłby pan inaczej.
Od budżetu Belki różnimy się zaledwie o 1 mld euro. Tyle że jego budżet nie został przyjęty, a nasz — tak. I my mamy ułatwienia, powodujące, że dostępność tych środków stała się dużo większa. Jeśli panowie pytają wprost, tak samo odpowiadam: tak, czuję się zwycięzcą.
