Po raz pierwszy od 1989 r. na Węgrzech rządząca koalicja utrzymała się przy władzy. To naprawdę historyczne wydarzenie, albowiem po zrzuceniu więzów realnego socjalizmu Węgrzy okazywali się bardzo roszczeniowi i co cztery lata wymieniali ekipy. Obronić rządy udało się akurat lewicy, ale powszechnie wiadomo, że przesądził o tym charyzmatyczny premier Ferenc Gyurcsány. Jak przystało na szefa socjalistów, jest... najbogatszym Węgrem. Poddał się modzie na premierowanie, zapoczątkowanej wśród miliarderów przez Silvio Berlusconiego.
W swoim rozkapryszeniu elektorat węgierski może się równać tylko z... naszym. Wiadomo: dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki, i do kartki wyborczej. Historia III RP też najeżona jest wyborczymi klęskami kolejnych premierów — Tadeusza Mazowieckiego (w rywalizacji prezydenckiej), Hanny Suchockiej, Włodzimierza Cimoszewicza, Jerzego Buzka. Takich, którzy jak np. Leszek Miller przepadli przed końcem kadencji, było drugie tyle. Właściwie z wyborów jako tako wyszedł tylko Jan Krzysztof Bielecki w roku 1991, ale też musiał oddać władzę.
Sygnał nadany z Węgier może trafić na bardzo podatny grunt w Polsce. Wyimaginowana koalicja większościowa ledwie brnie do przodu, za to premier Kazimierz Marcinkiewicz codziennie zdobywa PR-owskie punkty, zatem....