Jeszcze w połowie tygodnia sytuacja na rynkach wydawała się opanowana, a inwestorzy z nadzieją patrzyli w przyszłość. Nadzieja prysła gdy rzecznik węgierskiego premiera odpalił prawdziwą bombę. Czarę goryczy przelał raport z amerykańskiego rynku pracy i bykom nie udało się dowieźć bezpiecznej, wydawałoby się, przewagi do piątkowego gongu.
Tydzień w Londynie, Frankfurcie i Paryżu zakończył się pod kreską. Londyński FTSE 100 stracił 1,2 proc., a paryski CAC 40 1,7 proc. Jedynie frankfurckiemu DAXowi udało się wybronić przed większą przeceną, niemieckie akcje straciły zaledwie 0,1 proc. Nie jest niespodzianką, że głównym przegranym był madrycki IBEX 35, który zniżkował 5,3 proc.
Na rynkach panował spokój, aż do chwili, gdy nadeszły depesze ostrzegające przed niewypłacalnością Węgier. Rzecznik prasowy premiera stwierdził, że gospodarka tego kraju jest w groźnej sytuacji, a poprzedni rząd podawał fałszywe informacje o jej stanie. W reakcji na sugestie węgierskiego rządu, że pozycja kredytowa kraju jest porównywalna z sytuacją Grecji, CDS-y Węgier wzrosły w piątek o 83,5 pkt bazowych, do 391,5 pkt bazowych. To poziom najwyższy od roku.
Negatywnie zaskoczyły także informacje z amerykańskiego rynku pracy. Wprawdzie zatrudnienie wzrosło w maju najwięcej od 10 lat, jednak miało to związek z zaangażowaniem tymczasowych pracowników do przeprowadzenia spisu powszechnego. W gospodarce przybyło 431 tys. miejsc pracy, z czego tylko 41 tys. przypadło na sektor prywatny.
Reakcja na taki obrót sytuacji mogła być tylko jedna – gwałtowna wyprzedaż forinta i węgierskich aktywów. Błyskawicznie zaczęło tracić euro, osuwając się do ponadczteroletnich minimów, a akcje parzyły w ręce jak gorący kartofel. Inwestorzy powinni zapiąć pasy i trzymać się siedzeń – barwnie komentował Mohamed El-Erian, który zarządza niewyobrażalną sumą ponad 1 mld aktywów w Pimco.
Załamał się kurs Societe Generale. Kapitalizacja francuskiego banku spadła o ponad 8 proc. z powodu spekulacji nt. możliwych strat na transakcjach o charakterze spekulacyjnym. Sam bank zaprzecza tym rewelacjom. Jedną z nielicznych spółek, które zakończyły sesję na symbolicznym plusie było BP. Inwestorzy wykorzystują załamanie się kursu brytyjskiego giganta paliwowego po katastrofie w Zatoce Meksykańskiej do uzupełnienia swoich portfeli jego akcjami.