Budownictwo sprawnie się sprywatyzowało, jednak braki legislacyjne i obojętność państwa skutecznie podcięły branży skrzydła. W efekcie nie mamy się czym pochwalić.
Po 1989 r. budownictwo może się wykazać najszybszą i najskuteczniejszą prywatyzacją.
— Wolny rynek umożliwił prywatyzację — większościowymi akcjonariuszami wielu firm stały się zachodnie koncerny — mówi Stefan Bekir Assanowicz, prezes Budimeksu Dromeksu, największej pod względem przychodów spółki budowlanej na polskim parkiecie.
Na rynku pozostała minimalna liczba przedsiębiorstw państwowych i będących własnością Skarbu Państwa.
— I to koniec sukcesów — twierdzi Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców-Producentów Materiałów dla Budownictwa.
Branża miała bowiem wyjątkowego legislacyjnego pecha. Dorobiliśmy się wprawdzie prawa budowlanego, ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym, o ochronie środowiska, a także istotnej dla branży ustawy o zamówieniach publicznych. Ale wiele brakuje do pełni szczęścia.
— Ustawy te nigdy nie osiągnęły poziomu, który by satysfakcjonował branżę. Mimo kilkudziesięciu zmian akty prawne są wciąż niespójne i niekompletne — ocenia Edward Szwarc, przewodniczący działającego przy Krajowej Izbie Gospodarczej Komitetu Budownictwa.
Ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym spowodowała wręcz paraliż, zezwalając w pewnym momencie na wykorzystanie wyłącznie terenów posiadających plan zagospodarowania, a takim jest objęte w Polsce tylko kilkanaście procent powierzchni kraju. W ustawie o zamówieniach publicznych brakuje natomiast wskazania, że zamawiający dysponuje środkami na realizację inwestycji. W efekcie zamówienia publiczne od lat powodują gigantyczne zatory płatnicze w branży. Wady ma też ustawa o ochronie środowiska. Ta z kolei powoduje często niekończące się opóźnienia przy budowie dróg czy wodociągów. Każdy protest, zasadny lub nie, to kolejne przesunięcie terminu ukończenia robót. Podobnie jak każda odkrywka archeologiczna.
— Tak naprawdę należałoby wszystkie te ustawy opracować od nowa jako podstawę kodeksu budowlanego — przekonuje Edward Szwarc.
W przeciwieństwie do sąsiadów, nie dorobiliśmy się także od początku wolnorynkowej gospodarki przepisów regulujących stosunki między inwestorem, wykonawcą i podwykonawcami.
Mimo braków w prawie wolny rynek wymusił jednak widoczne zmiany w branży.
— Wciąż jesteśmy świadkami rozpoczętego w ostatnich latach procesu konsolidacji — w wyniku fuzji i przejęć zmalała liczba działających na rynku firm przy jednoczesnym wzroście ich wartości i obrotów. Pojawiły się nowe standardy wykonawstwa, nowoczesne materiały budowlane, nowe technologie, wzrosła efektywność firm i wydajność pracy — ocenia prezes Budimeksu Dromeksu.
Krucho z własnym M
17-letnie wyniki w budownictwie mieszkaniowym nie dają jednak powodów do dumy. Jesteśmy w tej konkurencji na unijnym szarym końcu. Mamy 320 mieszkań na tysiąc mieszkańców, średnia europejska to ponad 400.
Na początku lat 90. oddawano do użytku niemal 137 tys. mieszkań rocznie. W 1996 wyniki były najgorsze — do mieszkańców trafiło nieco ponad 62 tys. lokali. W 2005 r. oddano ich niespełna 114,4 tys.
— Przez ostatnie 17 lat w Polsce znajdowały się pieniądze na wszystko, tylko nie na mieszkania — podkreśla Edward Szwarc.
Do tego dołożyła się znikoma aktywność sektora bankowego. Brakowało instrumentów finansowych, które mogły stymulować budownictwo mieszkaniowe na taką skalę jak w ostatnich miesiącach.
— System kredytowy sprzyja rozwojowi budownictwa mieszkaniowego pod warunkiem, że opiera się ono na zdrowych zasadach. Łatwość uzyskiwania kredytu to jednak substytut normalnych warunków do rozwoju budownictwa — podsumowuje Ryszard Kowalski.
Zafundowaliśmy sobie przy tym bombę z opóźnionym zapłonem.
— Mamy problem budownictwa z wielkiej płyty, która w końcu zacznie się sypać — mówi przewodniczący Komitetu Budownictwa.
Lukę trzeba będzie wypełniać, a to poważnie zahamuje zwiększanie łącznej puli mieszkań w kraju.
— Nikt przy tym nie myśli o pokaźnych ilościach azbestu i eternitu, które są w stawianych przez ostatnie lata budynkach. Trzeba coś z tym zrobić, a to pochłonie setki milionów złotych — alarmuje Edward Szwarc.
Biorąc pod uwagę, że w obecnym budżecie nakłady na budownictwo mieszkaniowe to 0,2 proc. PKB, podczas gdy w Europie to średnio dziesięć razy więcej, dalsze lata wolnego rynku budowlanego nie jawią się zbyt optymistycznie.
— Rynek mieszkaniowy w dalszym ciągu nie jest rynkiem klienta. Mimo 17 lat przemian trudno go nazwać gospodarką rynkową. Wciąż panuje przeświadczenie, że gospodarka mieszkaniowa to zabezpieczenie podstawowych potrzeb człowieka, więc nie należy dopuszczać wolnorynkowych warunków. Tyle że dopóki takich warunków nie będzie, dopóty ich budowa będzie wciąż przesadnie droga — tłumaczy Ryszard Kowalski.
W przemyśle nie lepiej
Budownictwo przemysłowe także nie może od kilkunastu lat nabrać wiatru w żagle.
— Mimo niezłego wzrostu gospodarczego po 1989 r., wciąż nie widać jego przełożenia na wskaźnik inwestycji. Myślę, że inwestorzy po prostu nie byli i nie są pewni, czy osiągną przyzwoitą stopę zwrotu w tak niestabilnych warunkach prawnych i gospodarczych — wyjaśnia Edward Szwarc.
— Wiele szkody przyniosła firmom budowlanym, a przez to i rynkowi, zaciekła wojna cenowa wynikająca z faktu, że Polska stała się polem ostrej walki międzynarodowej konkurencji. Wiele zagranicznych firm starało się wejść na rynek, oferując obiekty poniżej kosztów realizacji — mówi Stefan Bekir Assanowicz.
Ostatnie lata przynoszą niestety coraz to nowe problemy.
— Kłopoty pogłębiają wzrost cen paliw i energii oraz odpływ siły roboczej do państw zachodnich, otwierających swoje rynki pracy dla Polaków — mówi prezes Budimeksu Dromeksu.