Kaskady Foz do Iguazu mienią się dziesiątkami tęcz. Największy wodospad świata bez trudu przyćmiewa słynną Niagarę.
Toroba, syn wodza Indian Paraguas, wołał nad brzegiem Iguazu do bogów, aby przywrócili wzrok ukochanej, niewidomej księżniczce. Został wysłuchany. Ziemia rozstąpiła się, a rzeka spadła w głąb ogromnego wąwozu. Fale porwały Torobę, ale ukochana odzyskała wzrok i była pierwszą istotą ludzką, która ujrzała wodospad. Wielka Woda, czyli wodospad Iguazu, jeden z największych przyrodniczych cudów Brazylii, naprawdę powstała w wyniku erupcji wulkanicznej. Dziesiątki huczących kaskad spadają z kilkudziesięciu metrów do skalnego kotła, a w unoszącym się wodnym pyle mienią się niezliczone tęcze. W czerwcu stan wody opada dość nisko, ale widok i tak jest imponujący. Wodospady można podziwiać, wędrując przeciwległym brzegiem rzeki, korzystając ze ścieżek turystycznych, całej sieci pomostów i platform widokowych. Na poziom najwyższego progu wywozi zwiedzających specjalna winda.
Najpiękniejsze kaskady znajdują się po argentyńskiej stronie, jednak to właśnie z brazylijskiego brzegu można je podziwiać w całej okazałości. I choć z brazylijskiej strony widać wyraźnie argentyńską flagę powiewającą na drugim brzegu, to nie jest prosto przedostać się stąd do Argentyny. Na terenie parku narodowego nie zbudowano żadnego mostu ani przeprawy promowej na drugą stronę rzeki. By przekroczyć granicę, trzeba wyjechać z parku i dopiero kilka kilometrów za nim znajduje się most łączący oba brzegi.
Potęga wodospadu
Ogrom wodospadów przemawia najbardziej, gdy siedzi się w motorówce na samym dnie kotła, blisko ściany spadającej wody. Na taką wycieczkę trzeba wydać równowartość około 200 zł, ale naprawdę warto.
Wyprawa zaczyna się kilkaset metrów poniżej wodospadów. Zejście nad rzekę jest bardzo strome, a z urwistych brzegów zwieszają się korzenie drzew i pnącza.
Pierwszy rzut oka na rzekę jest zawodny. Spokojny i leniwy nurt nie zapowiada emocji, które nastąpią później. Przystań to kołysząca się na falach drewniana platforma, do której cumują motorówki zabierające po kilkanaście osób. Obsługa cały czas przypomina, żeby zostawić cenne rzeczy, bo wszystko w parę chwil będzie mokre. Każdy turysta dostaje foliowy płaszcz i kamizelkę ratunkową. Część osób od razu rezygnuje i zostaje na brzegu. Reszta dzieli się na dwie grupy. Jedni szczelnie owijają się folią i zakładają na nią kamizelkę. Daje to nadzwyczaj komiczny efekt — kilkanaście osób w naciągniętych na oczy foliowych kapturach, mocno obwiązanych pomarańczowymi kamizelkami z korka, w mocno przygrzewającym słońcu, na ledwo kołyszącej się łodzi, na niemal nieodczuwalnej fali. Inni stosują metodę ubierania kamizelki na minimalną ilość odzieży, zostawiając, co się tylko da, na brzegu. W końcu motorówka startuje. Sternik po raz kolejny powtarza formułkę o całkowitym zmoknięciu i wyprawa rusza. Łódź nabiera prędkości, płynie slalomem, przechyla się, woda od czasu do czasu dostaje się na pokład. Pierwsza napotkana struga wody spadająca ze skały wywołuje zachwyt i wszyscy rzucają się robić zdjęcia. Organizatorzy pozwalają się nacieszyć turystom w mgiełce rozpylonej wody do woli. Motorówka znów rusza i na pełnym gazie wpływa w ostre zakole rzeki... I dopiero w tym momencie wszystko staje się jasne. Widok zapiera dech w piersiach. Przed oczami otwiera się panorama spadających z ogromnych wysokości kaskad... Mnóstwa kaskad. Do tego zaczynają się pojawiać progi skalne, za sprawą których potężne strugi wody zalewają wnętrze łodzi. Ostrzeżenia były całkiem uzasadnione, a już na pewno, gdy prowadzący motorówkę w pędzie wpływa pod jeden z wodospadów. Pasażerowie dostają się pod strumień wody. Nic, co nie jest szczelnie zawinięte, nie może pozostać suche. Łódź dobrą godzinę szaleje na odcinku rzeki otoczonym wodospadami. Nikt nie robi zdjęć, wszyscy wpatrują się jak urzeczeni w kilkadziesiąt huczących wodospadów spadających dookoła. Kolejne ostre nawroty, wjazdy pod kaskady. Pasażerowie chcą jeszcze i jeszcze. W końcu czas wracać. Całkowicie mokrzy i szczęśliwi. Na szczęście można stamtąd wrócić prosto do hotelu.
Wszędobylskie koati
Pływanie po Iguazu można poprzedzić wycieczką do dżungli. Krótkie wyprawy są organizowane bardzo starannie. Brazylijczycy dbają o swoje parki narodowe, pilnują, by turyści nie poruszali się po nich bez kontroli. Trasy wiodą wyznaczonymi ścieżkami, należy poruszać się w towarzystwie przewodnika, i to nie pieszo, ale specjalnymi elektrycznymi, odkrytymi pojazdami. W czerwcu dżungla nie zachwyca kolorami, na drugiej półkuli to początek zimy. Można jednak podziwiać rośliny, które znamy jedynie z doniczek, i to w tropikalnych, wielokrotnie większych rozmiarach. W tym imponujące wielometrowe bambusy czy rododendrony obwieszone lianami. Niewiele kwiatów kwitnie. Ale tym łatwiej dostrzec wielobarwne ptaki. Intensywnie kolorowe tukany można zobaczyć nawet przy szosie. W lesie, przy odrobinie szczęścia, można zobaczyć także kapibarę czy jaguara. Nie da się jednak nie spotkać koati. Nad brzegami Iguazu, zwłaszcza w okolicy hoteli, buszują całymi stadami. Niewielkie zwierzątka z rodziny szopów z długimi, pręgowanymi ogonami żerują pod drzewami, zajadając się spadającymi owocami, szaleją też w koronach drzew. Są przyzwyczajone do ludzi i bardzo przyjazne. Próbują wdrapywać się na kolana, a w poszukiwaniu jedzenia wsadzają wydłużony pyszczek we wszelkie możliwe zakamarki ubrania. Nie można przykucnąć na tle wodospadów, pozując do zdjęcia, żeby przynajmniej jeden zwierzak nie usiłował wpakować się do torby. Są łagodne, choć przewodnicy ostrzegają, że czasami mogą stać się agresywne i nawet ugryźć.
W czerwcu bez upałów
Nasi rodacy nie są tu egzotycznymi gośćmi. Kilka razy do roku docierają tu spore grupy z Polski. Zdecydowanie jednak najwięcej jest Amerykanów, Japończyków, Chińczyków, Portugalczyków i Hiszpanów.
Delektowaniu się przyrodą sprzyja komfortowa aura. W czerwcu pogoda jest wymarzona do zwiedzania. Dla Brazylijczyków to najzimniejsza pora roku. 18-20 stopni zapewnia optymalne warunki do wędrówek, a przy tym temperatura wody w przyhotelowych basenach pozwala na pływanie nawet po zmroku, który w tym miesiącu zapada dość szybko, bo po 18.00. Podobnie woda w rzece, jest na tyle ciepła, by rafting był czystą przyjemnością, nawet jeśli zdarzy się niespodziewana kąpiel.
Nad wodospady, i w ogóle do Brazylii, nie da się dolecieć bezpośrednio z Polski. Najwygodniejszym połączeniem jest lot do któregoś z dużych portów lotniczych Europy Zachodniej, a stamtąd rejs do Sčo Paulo. Na tamtejszym lotnisku spotykają się o świcie samoloty, m.in. włoska Alitalia, British Airways, brazylijski TAM. Lot z Europy trwa 11-13 godzin. Cena biletu w dwie strony to około 4 tys. zł. W Sčo Paulo można się przesiąść na krajowy, trwający nieco ponad godzinę, lot do samego Iguazu (miasto i rzeka o tej samej nazwie). Okolice wodospadu obfitują w hotele i pensjonaty. Ceny różnią się w zależności od odległości od rzeki i standardu. Dwuosobowy pokój można znaleźć w cenie mniej więcej stu złotych za dobę. W jedynym hotelu, z którego tarasu rozciąga się widok na wodospady, ceny osiągają niebotyczne wysokości. Polskie biura turystyczne organizują wycieczki nad Iguazu. Cena dwunastodniowej wyprawy to minimum 8 tys. zł.
Caipirinha i gorąca samba
Po wylądowaniu w Brazylii trzeba przestawić zegarek pięć godzin w tył. Ten zabieg skutecznie niweluje przyjemność zwiedzania w pierwszym dniu. Ci, którzy spróbują się przespać choćby krótko, nie są w stanie się potem obudzić. Ci, którzy bohatersko przetrwają krytyczne godziny, już wczesnym wieczorem marzą tylko o hotelowym łóżku. A dopiero wtedy zaczyna się nocne życie. Można się wybrać na wieczór tańców regionalnych do położonej niedaleko wodospadów ogromnej restauracji Rafain. Jest ona urządzona w charakterystycznym dla Brazylii systemie bufetowym, z wielką sceną pośrodku i telebimami dla tych, którzy nie widzą jej bezpośrednio. Na początku snuje się jednak po niej jedynie gitarzysta, nucąc tęskne piosenki przy gitarze. Nie rozprasza gości skupionych na specjalnościach kuchni, która zachwyca przede wszystkim męską część gości. Brazylijska kuchnia słynie bowiem z barbecue i grilla, a kucharze przyrządzają na nich ogromne ilości mięsa wszelkiego rodzaju. Potrawy są łagodnie przyprawione, ale towarzyszą im ostre i zdecydowane w smaku sosy. Popularny jest maniok podawany w postaci proszku z kawałkami bekonu i czerwonej fasoli. Wśród owoców króluje papaja. Powojenna emigracja z Europy odcisnęła swoje piętno na Brazylii, najbardziej popularnym łakociem jest bowiem „ciasto niemieckie” czyli sernik z dużą ilością bakalii. A wszystko bezapelacyjnie popijane caipirinhą. To miejscowy drink, nieco przypominający popularne u nas mojito. Jednak nie może powstać bez rdzennie brazylijskich ingrediencji. Podstawą jest cachasa, wódka z trzciny cukrowej, do tego dużo limonki w cząstkach, lodu i nieco brązowego cukru trzcinowego.
Po obfitym posiłku, z możliwością uzupełniania zawartości talerza nieograniczoną ilość razy, rozpoczyna się pokaz tańców w strojach ludowych. Swoje miejsce mają też artyści żonglujący kagankami zawieszonymi na końcach metalowych prętów. Tym jednak nie wzbudzają entuzjazmu gości znad Wisły. Dokładnie to samo możemy obserwować na głównych placach wielu większych miast w Polsce. Pokaz Capoeira natomiast rzeczywiście robi ogromne wrażenie. Niezwykle sprawni mężczyźni wykonują w rytmie muzyki karkołomne gimnastyczne akrobacje. A na koniec to, na co wszyscy czekali. Pokaz samby. Tancerki ubrane w skąpe stroje i pióra tańczą na scenie, a po chwili zapraszają widzów, by się do nich przyłączyli, w końcu wąż tańczących zaczyna krążyć po całej sali. Dokładnie widać, kto jest tubylcem, a kto turystą. Brazylijczycy bez wyjątku poruszają się doskonale, bez problemu wtórując tancerkom. Pozostałym gościom z trudem przychodzi powtórzenie podstawowego kroku i wejście w rytm i klimat tańca. Z tym trzeba się urodzić. Po dłuższej chwili jednak show się kończy. Pozostaje niedosyt, nie ma bisów. Wszyscy potulnie wstają, kelnerzy roznoszą rachunki i lokal pustoszeje.
Większość gości wraca do najważniejszego w czerwcu tematu w Brazylii — mundialu.
Brazylia na kilka dni przed mistrzostwami wprost oszalała. Najpopularniejszym towarem w sklepach, na straganach i stoiskach są żółto- -zielone koszulki z numerami zawodników oraz klapki japonki, również w odpowiednich barwach. Sprzedają się świetnie. Wszyscy szykują się do rozgrywek. Zamiłowanie do piłki nożnej jest tak ogromne, że mistrzostwa sprawiają sporo kłopotu w życiu gospodarczym. Ze względu na różnicę czasu, transmisje przypadają w godzinach pracy. Umówienie się z kimkolwiek w czasie rozgrywek na biznesowe spotkanie graniczy z cudem.
