Wielki blef Trumpa

W grze o utrzymanie wolnego handlu w Ameryce Północnej Meksyk wcale nie stoi na straconej pozycji

Równie złe jak dzisiaj stosunki USA z południowym sąsiadem nie były od ponad osiemdziesięciu lat. Enrique Peña Nieto, prezydent Meksyku, odwołał zapowiadaną na wczoraj wizytę w Waszyngtonie, po tym jak Donald Trump podpisał rozporządzenie o budowie muru granicznego, a we wpisie na Twitterze wezwał Meksyk, by za ten mur zapłacił. Od zaskakującego rozstrzygnięcia wyborów w USA peso osłabiło się do dolara o 11 proc., jednak przyczyna jest zgoła inna niż spór o finansowanie budowy muru, o czym zresztą Meksykanie ani myślą rozmawiać.

Zobacz więcej

WĘZEŁ GORDYJSKI: W procesie produkcji materiały i podzespoły wielokrotnie przekraczają granice krajów należących do NAFTA. Przykładowo: nylonowy surowiec na pasy bezpieczeństwa produkowany jest w dysponującym tanią siłą roboczą Meksyku, potem transportowany do Kanady, gdzie włókna są tkane i barwione (procesy te wymagają dużych ilości wody), po czym wraca do Meksyku, gdzie jest cięty i zszywany. Dopiero wtedy gotowe pasy są instalowane w autach idących na eksport do USA. Bloomberg

Realnym celem Donalda Trumpa jest renegocjacja porozumienia o wolnym handlu NAFTA, od którego wejścia w życie napływ amerykańskiego kapitału do Meksyku wzrósł o 500 proc., a krajowy eksport zwiększył się aż siedmiokrotnie. NAFTA to prawdopodobnie najgorszy układ handlowy, jaki kiedykolwiek gdziekolwiek podpisano, a już na pewno najgorszy, jaki podpisano w tym kraju — grzmiał Donald Trump w kampanii. Nowa administracja w Waszyngtonie gra ostro, bo wielu ze swoich wyborców republikanie przekonali perspektywą przywrócenia w przemyśle miejsc pracy, które przejął Meksyk.

Od wejścia w życie NAFTA w amerykańskim przemyśle motoryzacyjnym zlikwidowano co czwarte miejsce pracy, a deficyt USA w handlu z południowym sąsiadem to już 60 mld USD rocznie. Trudno się temu dziwić, zważywszy, że płace w meksykańskim przemyśle motoryzacyjnym są nawet sześciokrotnie niższe niż w USA. Poza medialnymi utarczkami w sprawie muru nowa administracja zapowiedziała objęcie importu od sąsiada 20-procentowym cłem, tworząc w ten sposób presję na producentów, by ci zamiast na południe od Rio Grande inwestowali w USA. Nie bez pewnych efektów. Tylko w ostatnich tygodniach Ford zrezygnował z planów budowy nowej fabryki w Meksyku, przeniesienia do USA produkcji pickupów nie wykluczył Fiat Chrysler, a o planach wielkich inwestycji w USA poinformowały General Motors i Hyundai.

Mimo to w negocjacjach nad kształtem umów handlowych władze w Ciudad de México mają silniejsze karty, niż to się może wydawać na pierwszy rzut oka. Wszystko dlatego, że gdyby porozumienie trafiło na śmietnik, to handel między oboma krajami regulowałyby zasady Światowej Organizacji Handlu (WTO, oczywiście pod warunkiem, że Donald

Trump nie doprowadziłby do opuszczenia jej przez USA). Zgodnie z nimi większość importu zostałaby objęta 3,5-procentowym, a nie 20-procentowym lub 35-procentowym cłem, czym Donald Trump groził koncernom motoryzacyjnym. Wpływ takiego cła byłby z nadwyżką zniesiony przez osłabienie peso do dolara, które dodatkowo zwiększyłoby konkurencyjność meksykańskich produktów. Wyższe cła są wprawdzie możliwe w niektórych przypadkach, jednak w razie skorzystania przez USA z tej drogi Meksyk i Kanada z pewnością odwołałyby się do WTO. Wycofanie się z NAFTA, czym Donald Trump grozi w razie fiaska renegocjacji porozumienia, byłoby tymczasem bronią obosieczną. Od handlu z Meksykiem zależy 5 mln miejsc pracy w USA, a wiele procesów produkcyjnych przebiega częściowo po jednej, częściowo po drugiej stronie granicy.

Meksyk wprawdzie kieruje do USA aż 80 proc. swojego eksportu, jednak towary te zawierają aż 40 proc. wkładu pochodzącego od sąsiada. Co więcej, 60 proc. z importowanych przez USA w ramach NAFTA towarów jest półproduktami dla amerykańskiego przemysłu. Niektóre podzespoły i komponenty przekraczają granice krajów strefy nawet ośmiokrotnie, nim staną się gotowym produktem.

Wyjście z NAFTA uderzyłoby dodatkowo rykoszetem w amerykańskie bezpieczeństwo, kluczowy element programu Donalda Trumpa. Skutkiem byłaby recesja w Meksyku, a w rezultacie napływ nielegalnych imigrantów do USA wzrósłby, grożąc falą przestępczości. Kwestia bezpieczeństwa może okazać się asem w rękawie meksykańskich negocjatorów, tym bardziej że USA polegają na współpracy z Meksykiem także przy zwalczaniu przestępczości narkotykowej oraz zapobiegania nielegalnej imigracji z rejonu Ameryki Środkowej. Przyparty do muru Enrique Peña Nieto mógłby nawet cofnąć wizy pracującym w Meksyku pracownikom amerykańskich służb.

— To nie jest tak, że problem Meksyku zniknie, jeśli odgrodzimy się od niego murem. W najlepszym wypadku popchniemy Meksyk w ramiona nowych partnerów handlowych. W najgorszym może dojść do destabilizującego kryzysu. Będziemy mieli prawdziwy problem, jeśli gospodarka Meksyku się załamie — powiedział gazecie „Financial Times” Beto O’Rourke, demokratyczny kongresmen z przygranicznego El Paso.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

USA

Puls Biznesu

Po godzinach / Wielki blef Trumpa