Wiem o tym, że chcą mnie odprawić

Katarzyna Jaźwińska
opublikowano: 2003-03-27 00:00

Janusz Szlanta, prezes Grupy Stoczni Gdynia, potwierdza, że trwają starania o odwołanie go ze stanowiska. Nie chce jednak spekulować, kto o to zabiega i dlaczego. Na razie walczy o zapewnienie firmie finansowania — niewykluczone, że wesprą go w tym armatorzy.

Na jutro zaplanowana jest druga część posiedzenia rady nadzorczej Grupy Stoczni Gdynia (GSG). Najważniejszym punktem obrad są m.in. ocena sytuacji firmy i przygotowanego przez zarząd planu jej restrukturyzacji oraz zmiany we władzach spółki.

— Rozważane są różne próby odwołania mnie — nie ukrywa Janusz Szlanta.

Kto i dlaczego chce się pozbyć obecnego szefa grupy — trudno spekulować.

— Spotykamy się z przedstawicielami rządu i zawsze zadajemy pytanie, czy wstrzemięźliwość urzędników we wsparciu finansowania stoczni wynika z niechęci wobec prezesa. Za każdym razem słyszymy, że nie. Co jakiś czas w planach posiedzeń RN pojawia się punkt o zmianach w zarządzie. Obawiamy się, że może to być polityczna decyzja. Ostatnio powiedziałem urzędnikom, że jeśli zdecydują się na personalną renacjonalicję stoczni, o swoje upomną się też pracownicy — mówi Dariusz Adamski, szef Solidarności w GSG.

O ewentualnej dymisji nie chce mówić sam zainteresowany.

— Zamiast o ewentualnych dymisjach wolę mówić o możliwości odbudowania branży stoczniowej w Polsce. Zadanie jest trudne, ale realne — podkreśla prezes Szlanta.

Aby skorzystać z ustawy o pomocy publicznej dla przedsiębiorstw o szczególnym znaczeniu dla rynku pracy, GSG przygotowała program naprawczy. Janusz Szlanta prognozuje, że dzięki niemu stocznie z Gdyni i Gdańska mają szansę wyjść na prostą w 2006 r.

— Nie chcemy umorzenia zobowiązań. Negocjujemy indywidualnie z każdym z wierzycieli zamianę zobowiązań krótkoterminowych na średnioterminowe. Dzięki temu stocznia otrzyma wsparcie, które pozwoli jej utrzymać produkcję — podkreśla prezes.

Zobowiązania handlowe stoczni wynoszą około 400 mln zł. Część zobowiązań ma szanse zostać spłacona dzięki kredytowi, który GSG może otrzymać od Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP) albo dzięki emisji obligacji. W grę wchodzi 100 mln zł. Warto przypomnieć również, że Skarb Państwa ma dokapitalizować ARP, by mogła wesprzeć sektor stoczniowy.

Kolejnym etapem restrukturyzacji ma być zmiana struktury zatrudnienia w grupie. Stocznie będą dążyć by część pracowników nie związanych bezpośrednio z produkcją była zatrudniana przez kooperantów i świadczyła dla GSG usługi.

— Pracownicy będą wykonywać te zadania co obecnie. Nie oznacza to jednak, że planujemy drastyczne zwolnienia — zapewnia prezes.

Warunkiem powodzenia programu jest jednak zorganizowanie przez stocznię finansowania budowy statków. Janusz Szlanta przypomina, że po upadku Stoczni Szczecińskiej banki wycofały się z kredytowania sektora i zażądały rządowych gwarancji. GSG ma otrzymać 150 mln USD takich poręczeń. Spółka pilnie ich potrzebuje, ponieważ obecnie ma zagwarantowane finansowanie prawie na 30 mln USD, przy portfelu zamówień sięgającym 1,2 mld USD.

— Banki wycofały się, a gwarancje Skarbu Państwa są trudne do wykorzystania. Dlatego też podjęliśmy rozmowy z armatorami, dotyczące wsparcia finansowania budowy, poprzez spółki zadaniowe. Renegocjowaliśmy także kontrakty, bo nie ze wszystkich terminów dostaw byliśmy w stanie się wywiązać — mówi Janusz Szlanta.