Wiemy, że nie wiemy

Jacek Zalewski
opublikowano: 21-06-2007, 00:00

Ostatnie nerwowe godziny przed obradami Rady Europejskiej, czyli kończącym półroczną prezydencję Niemiec szczytem głów państw i szefów rządów UE, sytuacji nie zmieniły. We wszystkich unijnych językach odmieniany jest z nadzieją termin kompromis, ale w niektórych jest on rozumiany dosyć opacznie — musi wyjść na nasze.

O historyczności — czy raczej histeryczności — rozpoczynającego się dzisiaj szczytu świadczy rozwiązanie logistyczne, zastosowane pierwszy raz od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Otóż dla mediów — mowa o ekipie zaokrętowanej na pokładzie samolotu prezydenckiego — zarezerwowano na wszelki wypadek dodatkowy nocleg z piątku na sobotę, czyli już po planowym terminie zakończenia Rady Europejskiej. Dotychczas coś takiego zdarzyło się tylko raz — na legendarnym szczycie w Kopenhadze w grudniu 2002 r., decydującym o poszerzeniu UE (ale wtedy owa dodatkowa rezerwacja dla nas okazała się zbędna).

A zatem lecimy do Brukseli dzisiaj w porze lunchu, prościutko na pierwszą sesję Rady Europejskiej i niczym Sokrates — wiemy, że nic nie wiemy. Ogólna zgoda dotyczy samej idei otwarcia konferencji międzyrządowej, której dorobkiem byłby nowy traktat, zastępujący ów pechowy konstytucyjny z 2004 r. Niezgoda dotyczy zawartości konferencji — Polska niezmiennie domaga się włączenia dyskusji nad systemem liczenia głosów przy podejmowaniu decyzji. Wczoraj wieczorem potwierdziła to minister Anna Fotyga. Niemcy podkreślają, że jako animatorzy dyskusji nieba by braciom Kaczyńskim uchylili, ale idzie o to, że… inne państwa uważają temat za już zamknięty i chcą automatycznego przekopiowania do nowego traktatu zasady podwójnej większości z 2004 r. Tak naprawdę znacznie groźniejsza dla realnych interesów Polski byłaby niezgoda na objęcie konferencją międzyrządową kwestii bezpieczeństwa energetycznego — a właśnie tak, niestety, skonstruowana jest wyjściowa propozycja niemiecka.

Szefem polskiej delegacji jest prezydent Lech Kaczyński, ale identyczną wagę polityczną ma to, co mówi premier. A Jarosław Kaczyński wczoraj ocenił szansę na uniknięcie wniesienia przez Polskę weta do zawartości konferencji międzyrządowej — czyli weta do całego szczytu — jako pół na pół. Do ostatniej chwili coś tam próbowali jeszcze osiągnąć w roboczych kontaktach w Brukseli nasi „szerpowie”, czyli przede wszystkim Ewa Ośniecka-Tamecka, sekretarz KIE oraz Marek Cichocki, doradca prezydenta. Przypomnijmy, że tak zostali ochrzczeni negocjatorzy ze wszystkich państw UE, uzgadniający szczegółowe zapisy, które potem mieliby politycznie zatwierdzić przywódcy. To symboliczne nawiązanie do roli Szerpów himalajskich, pracujących w charakterze tragarzy i przewodników na chwałę gwiazd osiągających szczyty. Światu znany jest właściwie tylko jeden Szerpa, Tenzing Norgay, który wspólnie z Edmundem Hillarym stanął 29 maja 1953 r. na Evereście.

Zachowując tę szczytową konwencję trudno uciec od refleksji, że w Polsce o Tenzingów jest jakoś łatwiej — prawdziwy problem z Hillarymi…

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu