Początek notowań na warszawskiej GPW nie zapowiadał triumfu WIG20. Indeks znów pogłębił dno bessy. Później inwestorzy odetchnęli z ulgą, oglądając, jak wychodzi na plus. Poniedziałkową sesję WIG20 można uznać za korektę ostatnich spadków. Ale czy tylko?
WIG20, jak większość europejskich indeksów, rozpoczął sesję na znacznym minusie. Już na otwarciu indeks zjechał poniżej 1,5 tys. pkt. Gorszy od prognoz raport niemieckiego instytutu Ifo (indeks klimatu gospodarczego) dał kolejny argument sprzedającym. WIG20 pogłębił sesyjne dno bessy tym razem do 1470 pkt (strata sięgała 5,5 proc.). Tutaj do głosu doszli zwolennicy analizy technicznej, którzy sugerowali odbicie właśnie w okolicach tego wsparcia (szczyt z 25.01.2002).
Nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się tak dynamicznego odrodzenia jeszcze na tej sesji. W kilka godzin WIG20 odrobił około 7 proc. Od 10.00 popyt zdecydowanie dominował wśród krajowych blue chipów. Inwestujących nad Wisłą nie zniechęciły nawet niejednoznaczne dane z amerykańskiego rynku nieruchomości (wzrost sprzedaży i kolejny spadek cen domów). Popyt nie zareagował nawet na spadkowe otwarcie sesji na Wall Street. Dopiero fixing sprowadził nieco na ziemię WIG20. Ostateczny urobek to 0,9 proc. na plusie.
Gdy praktycznie wszystkie europejskie indeksy niezmiennie znajdowały się pod kreską, krajowe blue chipy parły do przodu jak zaczarowane. W trakcie sesji był moment, kiedy WIG20 jako jedyny w Europie notował wzrost. Węgierski BUX stracił 9,8 proc., a czeski PX50 oddał 6,85 proc. W Warszawie najmocniej rosły spółki, które bessa potraktowała najbardziej surowo. Dobry przykład to KGHM. Po stracie prawie 6 proc. na otwarciu popyt przystąpił do dzieła. KGHM ostatecznie zyskał 5,6 proc. Błyszczał także Bank Millennium, pnąc się o 10 proc. (w rok akcje staniały prawie o 80 proc.).
Jakub Ozdowski