Wino sprawdza się zawsze

DANUTA HERNIK
opublikowano: 22-02-2018, 22:00

Mój tata mówi: piję często, acz niechętnie — opowiada Bartosz Mierzwiak. Ja piję chętnie, acz nie co dzień. Wszystko ma swój czas, wino też. I lubi towarzystwo.

Wracałem z Rumunii i pomyślałem, że pojadę komunikacją publiczną, poczuję się jak student... Pociąg, autobus, jak leci. I wylądowałem w Miszkolcu. Chodzę po miasteczku, dochodzę do góry w samym centrum. U zbocza altanki z ogródeczkami. Okazuje się, że prowadzą do piwnic ukrytych w górze na kilkadziesiąt metrów w głąb. Zaglądam, zaglądam... Naraz wychodzi gospodarz, w „gimnaściorce” i pyta: „Turist?” Kiwam głową, a on macha ręką, żeby iść za nim. Nie znam węgierskiego ni w ząb, on nie zna polskiego — rzecz jasna — ani innego języka obcego. Nie wiem, jak zgadłem, że pyta, skąd jestem. Ale odpowiedziałem: Lendziel (Lengyel — tak Węgrzy nazywają Polaków). Lendziel! — ucieszył się, otworzył drzwi i wprowadził mnie do piwnicy. Siedzieliśmy tam ponad godzinę. Próbowaliśmy, smakowaliśmy... „Konwersacja” stawała się coraz bardziej wartka, rozumieliśmy się coraz lepiej. Wina nie były z najwyższej półki, ale przygoda super.

Pytanie o ulubione wino zawszepowoduje uśmiech na mojej twarzy. Lubię wszystkie dobre.Można jednak to pytanie zadać inaczej.Na przykład gdyby na świecie miało zostać jedno, jedyne wino,to co chciałbym ocalić?Wtedy odpowiem — i nie będęoryginalny — że z czerwonychsauvignon z Toskanii, a z białych chardonnay z Burgundii — mówi Bartosz Mierzwiak.
Wyświetl galerię [1/2]

Prosty wybór.

Pytanie o ulubione wino zawszepowoduje uśmiech na mojej twarzy. Lubię wszystkie dobre.Można jednak to pytanie zadać inaczej.Na przykład gdyby na świecie miało zostać jedno, jedyne wino,to co chciałbym ocalić?Wtedy odpowiem — i nie będęoryginalny — że z czerwonychsauvignon z Toskanii, a z białych chardonnay z Burgundii — mówi Bartosz Mierzwiak. Archiwum prywatne

To jedna z historii, które opowiada Bartosz Mierzwiak, kiedy zejdzie na temat wina. Na co dzień jest dyrektorem zarządzającym Logicor. Tworzy i wynajmuje wielkie powierzchnie magazynowe. Po pracy zbiera wina, szuka ich po świecie, wypija z przyjaciółmi. Żonaty. Swoją winną pasją zaraził tatę. Rzeczywiście można powiedzieć, że jest „zaraźliwy”.

Piję i smakuję

Jest taki dowcip: Jeśli masz do wyboru odchudzić się albo zrezygnować z wina, to co byś wybrał — białe czy czerwone? Bartosz Mierzwiak zdecydował, co wybiera, i tego się trzyma. Nietypowe jest w nim to, że poza bezkonkurencyjnymi „francuzami” miłuje wina węgierskie. W ogóle jest propagatorem win z Europy Środkowej.

— Kocham Węgry, węgierskie wina i uważam, że to najbardziej niedoceniony naród robiący wina w Europie. Węgrzy mają wino w duszy. To dla nich świętość, religia — zapala się. Charakteryzuje go jeszcze jedno. Mówi, że ciągle się uczy wina. Ma jeszcze mnóstwo do odkrycia. Nie ustawia się w roli znawcy, nieomylnego eksperta, raczej jest poszukiwaczem. Jak przekonuje, wino pozwala rozmawiać, uchyla drzwi powoli. Daje czas. Jest też takim hobby, które pozwala na zbieranie, cieszenie się tym i jednocześnie ucieszenie innych, czyli dzielenie się. W myśl zasady: moje hobby daje przyjemność moim znajomym.

Z opowieści

Ta „winna” przygoda zaczęła się w 2008 r. też zainicjowana opowiadaniem — o winie, jego budowie, produkcji, historii, zawartości, winnych regionach itd.

— Przyjaciele postanowili się pobrać w Toskanii. Pojechaliśmy z nimi do Montepulciano. Dojechała koleżanka z Wrocławia z mężem — Niemcem, który całe życie związał z winem, a połowę z Polską — handlował winem, był sommelierem... O winie wie wszystko. Kiedy Frank snuł opowieści, wieczór mijał, a my słuchaliśmy, nie szukając innych tematów. To był ogrom informacji, których jednorazowo nie byliśmy w stanie przetworzyć. Podczas tego wyjazdu kupiłem pierwszą partię wina, o którym wiedziałem, że jest nie tylko dobre, ale można je też przechować — wspomina Bartosz Mierzwiak. Akurat wtedy budował dom i od razu powstała pierwsza piwniczka. Po pewnym czasie dom sprzedał razem z piwniczką, teraz kupił drugi — do rewitalizacji, piwniczka również powstaje.

— Ciut większa, ale nie to jest ważne. Ta będzie — powiedzmy — bardziej zaawansowana, jeśli chodzi o kontrolę wilgotności powietrza i temperatury. Będzie też miała aplikację znakującą wina do wypicia i poleżenia. Dziś mam około 500 butelek — informuje Bartosz Mierzwiak.

Przyjemne zobowiązanie

— To cudownie przyjemny obowiązek. Kontrolowanie, by wino się nie przeleżało, to też część sztuki. Wstyd byłoby tracić dobre,

szczególnie gdy się za nie dużo zapłaciło — przekonuje dyrektor zarządzający Logicor. Wina w piwniczce dzieli na białe i czerwone. Następnie na trzy grupy: do picia od razu (na półce do dwóch lat), do trzymania do pięciu lat i do długiego leżakowania. Trzeba tego pilnować, przekładać.

— Z tym były na początku trudności, ale teraz, kiedy jadę na targi, to pamiętam, ile czego mam i koncentruję się na tym, czego mi potrzeba — zapewnia Bartosz Mierzwiak.

Dusza towarzystwa

Mówi o sobie, że jest człowiekiem bardzo socjalnym, lubi ludzi, lubi z nimi przebywać, a wino leży w jego charakterze. Też jest socjalne, zbliża ludzi, umila im wspólnie spędzany czas. To sympatyczny dodatek do relacji między ludźmi. Bartosz Mierzwiak twierdzi też, że ciągle odkrywa nowe powiązania, nowe smaki. — Kiedyś do pieczystego „wyznawałem” cabernet sauvignon, teraz piję syrah — z takich szlachetniejszych, niezbyt mocno nasłonecznionych, słodkich — jak australijskie, ale w zasadzie z całego świata. Wiadomo, że Francja to klasyka, ale teraz przywiozłem syrah z USA, ze stanu Waszyngton. Znakomite, piękne wino. Węgrzy i Rumuni też robią syrah, a ostatnio degustowałem je w Nowej Zelandii. Wina noir są znakomite z ciemnymi dzikimi ptakami, ale można je też pić do cięższej ryby — wyjaśnia menedżer. Wino najczęściej jest dodatkiem do jedzenia. Czym innym jest zaś degustowanie — kiedy właściwie się nie pije.

— Wino bez jedzenia i jedzenie bez wina na ogół są słabsze. Razem rosną. Połączenia bywają klasyczne i nieprawdopodobne. Dziwiłem się, kiedy podano mi foie gras z tokajem. Połączenie niewiarygodnie finezyjne — opowiada Bartosz Mierzwiak. Dobór wina do jedzenia to inna część kompetencji. Śmieje się, że wyzwanie stanowią imprezy firmowe, kiedy szef woła: „Bartek! Zamawiaj wina”.

— Jest nas dwunastka i każdy je coś innego. Nie będę zamawiał dwunastu butelek wina. Patrzę więc, co ludzie wybierają, np. cztery rybki, trzy pieczyste, dwa jarskie... Czasem udaje się obsłużyć te dania główne jednym gatunkiem wina, np. pinot noir lub jakimś innym lekkim czerwonym. Ale najczęściej trzeba brać dwa rodzaje — wyjaśnia menedżer.

Podróże

Razem z winną pasją zaczęło się także specjalne podejście do podróżowania.

— Gdziekolwiek jesteśmy, szczególnie w Europie Zachodniej i Południowej, a wszędzie tam powstaje wino, to zawsze obowiązkowym punktem jest jego degustacja — opowiada dyrektor zarządzający Logicor. Jeśli chodzi o duże targi winne, to jeździ tylko na jedne w roku — do Francji. Impreza nazywa się Vigneron Indépendant. Organizuje ją zrzeszenie niezależnych producentów wina francuskiego i jest ich odpowiedzią na hegemonię gigantów. Targi odbywają się w kilku miastach, m.in. w Paryżu, Lyonie, Strasburgu. Przyjeżdża na nie około 600 wystawców.

— Jeżdżę na te targi z kolegami od 2009 r. i myślę, że znam około 10 proc. wystawców. Trzeba mieć dobry plan, wiedzieć, czego się chce, i właściwie się poruszać. Inaczej człowiek zwariuje. Są producenci, do których zaglądamy zawsze, są tacy, których chcemy poznać. Targi trwają tydzień, jestem tam od piątku do niedzieli. Jadę samochodem. Degustacja — w piątki wino białe, w soboty — czerwone, na koniec każdego dnia możemy popróbować koniaku. Jest tam tylko kilku producentów koniaku — i też mamy swojego ulubieńca. Mamy też dwóch ulubionych producentów szampana, których zawsze spotykamy w Strasburgu. To Coquillette i Geoffroy. Szampanów dopiero się uczę. Najczęściej robi się je tylko z dwóch odmian: chardonnay i pinot noir. Co ciekawe, białe szampany — z pinot noir. I tak naprawdę, to jest mój ulubiony szampan — blanc de noir — przyznaje menedżer. Inne spotkania z winiarzami to albo wyjazdy do producentów w jakimś regionie, albo łączące turystykę i wypoczynek z odwiedzaniem winnic. — Odwiedzałem je w całej Europie, w Kalifornii, w Waszygtonie — mam jeszcze na liście Oregon, gdzie podobno jest znakomite pinot noir. Byłem także w Nowej Zelandii i Australii, która ze względu na ogromy teren, obejmujący różny klimat, produkuje bardzo szerokie spectrum win — mówi Bartosz Mierzwiak. A ciekawsze z turystycznych wyjazdów?

— W ubiegłym roku byłem na imprezie Blatnické búdy w Czechach. Małe domeczki w szeregu, a w nich winiarze, którzy wystawiają swoje wina. Jest wieczór, spaceruje się, jest przyjemnie. Co prawda z czeskich win może co piąte jest dobre, ale niech tam... Albo w Erdőbénye, niedaleko Tokaju na Węgrzech. Festiwal nazywał się „Bor, mamor, Benye”, czyli wino, jedzenie, zabawa. Całe maleńkie miasteczko w stylu austro-węgierskim uczestniczy w imprezie. Chodzi się po urokliwych uliczkach, otwarte są piwnice, ktoś coś gotuje, gdzieś przygrywa kapela. To bardzo sympatyczne — wspomina menedżer.

Zadanie specjalne

Bartosz Mierzwiak ma zaplanować menu na spotkanie towarzyskie. Pyta, na ile osób, i szybko przelicza na butelki. Spotkanie na dziesięć osób, w czerwcu, w ogrodzie.

— Moja żona uważa, że zawsze warto rozpocząć szampanem i niczego do niego nie dodawać. Najwyżej jakiś delikatny owoc, na przykład truskaweczkę. Szampan oczyści kubki smakowe. Dobrym startem zawsze będzie wino różowe z owocami, w formie aperitifu. Może być frizzante, polecam Petratur. Następnie delikatne białe, które otworzy nam paletę, np. szczep Grüner Veltliner — do tego delikatne sery. Dalej przejdziemy do rieslinga, proponuję Georg Breuer z regionu Rheingau. Z nim można podać lekką białą rybę — pstrąga, turbota — z grilla lub gotowaną. I możemy przejść do sauvignon blanc — wybrałbym Pouilly-Fumé lub Sancerre — oba z doliny Loary. Znakomicie smakują z kozimi serami z regionu. Następnie chardonnay z Burgundii, np. Saint Aubin lub Puligny-Montrachet. Do tego możemy się pokusić o biały drób. Potem pinot noir, a do niego perliczka lub królik. Zostawmy sobie jeszcze miejsce na trzy czerwone wina.

Najpierw jakiś blend z Bordeaux: cabernet sauvignon, cabernet franc, merlot... Może coś jeszcze, ale przede wszystkim te trzy. Do nich zjemy mięso, np schab, stek. Dalej spróbowałbym syrah i do niego podał jagnięcinę. Jeśli ludzie jeszcze nie poumierali z przejedzenia — bo to właściwie menu na dwa dni, to zamykamy imprezę słodkim tokajem z dobrym deserem. Najbardziej lubię czekoladę, ale dla zaskoczenia można podać do tokaju foie gras — wylicza Bartosz Mierzwiak.© Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DANUTA HERNIK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wino sprawdza się zawsze