Goryle są dla Rwandy przysłowiową żyłą złota — to głównie dla nich turyści przyjeżdżają do tego zakątka Afryki. Nic dziwnego, że wizerunek największych naczelnych małp jest niemal wszędzie — na monetach, opakowaniach rwandyjskiej herbaty, przydrożnych billboardach, no i w każdym sklepie z pamiątkami. Najważniejsze są jednak te prawdziwe, żywe, czyli zagrożone wyginięciem goryle górskie, zamieszkujące zbocza wulkanów masywu Wirunga. Konieczność męczącego przedzierania się przez dżunglę plus 500 dolarów, jakie trzeba zapłacić od osoby za godzinne spotkanie ze zwierzętami, nie zniechęca licznie przyjeżdżających turystów. W trosce o spokój goryli do jednego stada dopuszczana jest co najwyżej jedna grupka dziennie licząca nie więcej niż 8 osób, więc niektórzy "gorilla trekking" rezerwują z nawet rocznym wyprzedzeniem!

Goryl też ma imię
Przygodę z gorylami zaczynamy wcześnie rano. Po zameldowaniu się w biurze Parku Narodowego Wulkanów Felix, nasz przewodnik, objaśnia plan wyprawy.
— Pójdziemy do rodziny goryli zwanej Amahoro — mówi.
W obowiązującym w Rwandzie języku kinyarwanda "amahoro" znaczy "pokój". Co jak co, ale w kraju, w którym w 1994 r. w wyniku walk międzyplemiennych Hutu wymordowali w trzy miesiące jakiś milion Tutsi, słowo to ma szczególny wydźwięk.
W sumie w okolicznych górach żyje 14 gorylich rodzin. Trudno powiedzieć, jakie mają "obywatelstwo" — góry podzielone są między trzy kraje — Rwandę, Ugandę i Demokratyczną Republikę Konga, a zwierzęta nie respektują granic. W przeprowadzonym niedawno (w 2008 r.) spisie doliczono się około 380 osobników, jeśli zaś doliczyć kolejne 320, które zamieszkują niedaleki, choć nieco z boku położony ugandyjski Bwindi National Park, wychodzi, że na świecie żyje zaledwie 700 goryli górskich.
W Rwandzie każdy goryl ma imię. W "naszej" rodzinie jest ich 18. Najważniejszy samiec to Ubumwe, ale są też m.in. Mizero, Muhabura, Bushorkoro i najmłodszy — zaledwie kilkutygodniowy — Kalisimbi. Co roku w czerwcu odbywa się Kwita Izina, czyli uroczystość nadawania imion nowo narodzonym gorylątkom. Teraz zrobiono z tego już ogólnonarodowe święto, na które przyjeżdżają również celebryci, np. książę Albert z Monako czy aktorka Natalie Portman.
Zakaz kichania
Spotkanie z gorylami to wielogodzinna i dość trudna wyprawa. Najpierw 40 minut jazdy po wybojach, na których co rusz walimy głowami o dach terenowego samochodu.
— Afrykański masaż — śmieje się kierowca.
W wiosce chatek ulepionych z gliny i przykrytych palmowymi liśćmi droga się kończy. Pytamy Feliksa, jak długo będziemy szli.
— Może godzinę, a może cztery… — pada odpowiedź.
No tak, w końcu nie przyszliśmy do zoo, tylko tropić dzikie goryle, które swoje, nazwane "gniazdami", legowiska budują codziennie w innym miejscu.
— A może być i tak, że w ogóle ich nie zobaczymy? — ktoś zasiewa ziarno niepewności.
Nie, takie sytuacje się nie zdarzają, bo w lesie są tzw. zwiadowcy, których zadaniem jest śledzenie zwierząt i przekazywanie przewodnikowi przez radio informacji, dokąd prowadzić turystów.
Początkowo idziemy przez pola obsadzone… rumiankiem. Te uprawy to jedno z podstawowych źródeł dochodów tutejszej ludności. Towarzyszą nam miejscowe dzieci próbujące sprzedać własnoręcznie namalowane rysunki z gorylami.
W końcu wchodzimy w las, a raczej w tropikalną dżunglę. Ścieżka pnie się stromo do góry, ślizgamy się na błocie. Mamy obstawę strażników z kałasznikowami — na wypadek ataku żyjących w dolnych partiach niebezpiecznych górskich słoni albo bawołów.
Wchodzimy pod górę w ciszy przerywanej krzykami spłoszonych ptaków i naszym sapaniem. Idzie się coraz trudniej, bo i wysokość niebagatelna — prawie 2900 m n.p.m. W Europie na takim poziomie są już tylko gołe skały i ewentualnie lodowce, tutaj — zielony gąszcz i bambusowe zarośla.
Podczas odpoczynku Felix przypomina nam zasady zachowania się przy gorylach. Nie powinniśmy podchodzić do nich bliżej niż na 7 metrów, nie wolno głośno rozmawiać, jeść, pić ani pokazywać w ich kierunku palcem (mogą pomyśleć, że chcemy rzucić kamieniem). Jeśli ktoś musi kichnąć lub zakasłać, ma się odwrócić, by nie rozsiewać zarazków, które mogą zaszkodzić zwierzętom. Zdjęcia można robić do woli, ale bez lampy błyskowej.
Nieudany seks
Goryla rodzina jakby na nas czekała. Najpierw zauważamy czarną futrzaną kulę wciśniętą między gałęzie drzewa. Przedstawiciel naczelnych nie zwraca na nas uwagi — zachowuje się niczym zblazowany aktor przyzwyczajony do dwunogich paparazzich. Przedzierając się przez krzaki, podchodzimy do polanki, na której rozlokowała się reszta kończącego śniadanie stadka. Jak przystało na wegetarian, ich dieta to przede wszystkim bambusy, różne kwiaty, korzenie, czasem kora eukaliptusów czy owoce górskiej papai. Jedzą sporo, bo odpowiednik 15 proc. swojej wagi, co w przypadku samca ważącego 200 kg oznacza 30 kg rozmaitego zielska!
Nie możemy oderwać oczu od goryli. Trudno sobie uzmysłowić, jak można było zabijać te fantastyczne stworzenia tylko po to, by np. wykorzystać ich łapy jako… popielniczkę (swego czasu była moda na tego typu afrykańskie "pamiątki"). Teraz kłusownictwa praktycznie nie ma, chociaż 3 lata temu głośno było o znalezionych po kongijskiej stronie czterech osobnikach zabitych strzałami w tył głowy. Śledztwo w tej sprawie wciąż trwa, jedna z wersji głosi, że w tym akurat przypadku chodziło prawdopodobnie o porwanie nieodnalezionego młodego gorylątka stanowiącego cenny okaz dla prywatnych menażerii.
Najbardziej urocze są maluchy. Jeden wyraźnie chce się z nami zaprzyjaźnić, ale kiedy podchodzi na jakieś 2-3 metry, strażnik stanowczym gestem każe mu wrócić do matki. Gorylątko jest niepocieszone, ale się słucha. Scenka mocno nas rozbawia, jednak kilka minut później już nie jest nam do śmiechu. Adrenalina skacze, bo wstaje i idzie prosto na nas tzw. srebrnogrzbiety — dominujący samiec z grzbietem przyprószonym siwizną. Jego waga i postura wzbudzają respekt! Goryl jest coraz bliżej, siejąc wśród nas lekką panikę, ale przewodnik panuje nad sytuacją.
— Spokojnie, on wam nic nie zrobi! Wycofujcie się powoli, bez gwałtownych ruchów — kieruje nami Felix.
Samiec rzeczywiście nie ma złych zamiarów — po prostu upatrzył sobie wydeptaną przez nas trawę jako idealne miejsce do drzemki. Ledwo się położył, przyszła też samica, która wyraźnie ma ochotę na intymne pieszczoty. Niestety, samiec jest nieczuły na zaloty — żałujemy, bo liczyliśmy na ciekawe zdjęcia.
— Czasem bywa odwrotnie, to samica nie ma ochoty na seks. Kiedy on nie zrozumie, że "boli ją głowa", może dostać od niej po pysku — opowiada Felix.
Przy okazji zdradza, że goryl nie może się pochwalić zbyt okazałym przyrodzeniem. Długość ludzkiego palca wskazującego to, jak na potężnego samca, rzeczywiście niezbyt imponująco...
Idzie ku dobremu
Godzina, jaką mamy na wizytę u goryli, mija wyjątkowo szybko. Żal nam odchodzić. Teraz w pełni rozumiem, dlaczego Dian Fossey — amerykańską prymatolog (badaczkę naczelnych), rozsławioną filmem "Goryle we mgle" — tak pochłonęły obserwacje tych zwierząt. Dzielna i ambitna kobieta prowadziła badania właśnie w tej okolicy. Zamordowana w niewyjaśnionych okolicznościach w 1985 r. w swoim obozie, została pochowana w pobliżu grobów goryli zabitych przez kłusowników. Żałuję, że nie mam czasu (i pieniędzy, bo trzeba zapłacić za to kilkadziesiąt dolarów), by wybrać się na kilkugodzinną wycieczkę do tego miejsca. To w dużej mierze dzięki Fossey goryle nie wyginęły i od pewnego czasu przybywa ich z roku na rok.
