Własna ścieżka w gąszczu

Dawid Tokarz
opublikowano: 2006-04-21 00:00

Stołeczny ratusz sprzedał dwie miejskie spółki za 12,4 mln zł, choć same ich nieruchomości były warte znacznie więcej. Czy jedynym, który skorzystał, był Jerzy Kowalewski?

Ten kontrowersyjny biznesmen to ciekawa i tajemnicza postać. Zaczynał w 1986 r. od założenia Konsbudu, który już na przełomie lat 80. i 90. stał się potentatem rodzimego biznesu. Potem — równie szybko — jego blask przygasł, a Jerzy Kowalewski zaangażował się w wiele innych firm, z których najbardziej znane to Konsmetal (producent kas pancernych i sejfów), Traffic Club (największy salon multimedialny w Polsce) i — notowana na GPW — ŁDA Invest. Sporo z interesów Kowalewskiego kończyło podobnie: spółki padały, zostawiając po sobie mniejsze lub większe długi. Tak samo stało się z Miejskim Przedsiębiorstwem Robót Wodociągowych i Kanalizacyjnych (MPRWiK) i z Przedsiębiorstwem Budowy Sieci Cieplnych (PBSC).

Plany

W 1998 r. obie spółki kupiła od Warszawy ŁDA Invest. Giełdowa firma zapowiadała połączenie obu przedsiębiorstw i stworzenie silnej grupy, zajmującej się budową i remontami wodociągów, kanalizacji oraz sieci cieplnej. Po kilku latach PBSC upadło, a MPRWiK nie prowadzi podstawowej działalności i balansuje na krawędzi bankructwa. Nie wszyscy jednak stracili. Dzięki niemal 5 ha gruntów w Warszawie, należących do obu spółek…

ŁDA Invest to spółka, która w 1991 r. przejęła majątek Łódzkiej Drukarni Akcydensowej. Założyło ją ponad 300 pracowników państwowej drukarni i — jako inwestor większościowy — Jerzy Kowalewski. W 1996 r. ŁDA Invest weszła na giełdę i z miejsca stała się spekulacyjną „grzanką”, której kursem łatwo sterować. Mimo że od kilku lat praktycznie nie prowadzi działalności, a jej wycena oscyluje wokół poziomu 1 mln zł, wciąż jest notowana na warszawskiej GPW.

Jerzy Kowalewski twierdzi, że nie kontroluje ŁDA Invest i nie podejmował decyzji o zakupie PBSC i MPRWiK. Z naszych informacji wynika jednak, że — dzięki sieci spółek i krzyżowym powiązaniom między nimi — odpowiada za wydarzenia opisane poniżej.

Transakcja

Do pierwszej transakcji stołecznego ratusza z ŁDA Invest doszło 8 października 1998 r. Za 85 proc. udziałów w MPRWiK giełdowa spółka zapłaciła 9,4 mln zł. Za to przejęła kontrolę nie tylko nad MPRWiK, ale i jej „rodowym srebrem”: działką przy Powązkowskiej o powierzchni 37,6 tys. mkw. Dokładnie rok później nieruchomość ta (za zgodą miasta) trafiła jako aport do nowej firmy: Powązkowska Invest (PI). Działkę wyceniono już na 35 mln zł — prawie cztery razy więcej niż ŁDA Invest zapłaciła za całe MPRWiK!

Początkowo jedynym udziałowcem PI było MPRWiK. Do 6 grudnia 1999 r., kiedy kapitał PI wzrósł do 53,834 mln zł. Jak? Dwie powiązane z Jerzym Kowalewskim spółki: ŁDA Invest i Xonix wniosły aportem akcje innej firmy z „grupy”, czyli DH Arka. Przy tym walory DH Arka — nominalnie warte 645 tys. zł — wyceniono na 18,834 mln zł!

W sierpniu 2000 r. doszło do drugiego, znacznie większego, podwyższenia kapitału PI — z 53,834 mln do 149,699 mln zł! I tym razem do firmy nie trafiła ani złotówka żywej gotówki. Wszystkie udziały (warte kolosalne 95,865 mln zł) objęła kolejna firma, związana z kontrowersyjnym biznesmenem — Konsmetal Invest. Wniosła aportem akcje innej spółki z „grupy” — Konsmetalu. I znów: akcja o nominale 5 zł przy wnoszeniu do PI warta była 55 zł. Taka wycena sprawiła, że MPRWiK stało się mniejszościowym udziałowcem PI, a kontrolę nad spółką (i jej najcenniejszym skarbem: działką przy Powązkowskiej) przejęły firmy związane z Jerzym Kowalewskim. Jednocześnie aktywa PI (przekształconej w spółkę akcyjną) urosły do, bagatela!, prawie 170 mln zł!

— Pan Kowalewski często stosuje taki manewr: wysoko wycenione akcje lub udziały firmy X wnosi do spółki Y, by ta następnie wniosła je do firmy Z. Tak rosną aktywa wszystkich tych spółek. A wiadomo — wyższe aktywa to większa wiarygodność, zdolność kredytowa itd. Można kręcić biznes bez pieniędzy — twierdzi jeden z dużych wierzycieli spółek z „grupy”.

Już w listopadzie 2000 r. większościowym akcjonariuszem PI został sam Jerzy Kowalewski jako osoba fizyczna — przejmując udziały warte prawie 94 mln zł! W aktach rejestrowych spółki brak informacji, jak do tego doszło.

— Do rozliczeń ze swoimi spółkami pan Kowalewski wykorzystuje prawa do znaków towarowych, będących nazwami tych firm. Tak było np. z marką Konsmetalu. Najpierw w urzędzie patentowym zarejestrował znak towarowy o tej nazwie, a potem sprzedał go jednej ze spółek za kilka milionów złotych. Udziały w PI mógł przejąć, wykorzystując tego typu rozliczenia — twierdzi nasz informator.

Jerzy Kowalewski zapewnia, że akcje PI kupił za gotówkę, nie chce jednak podać szczegółów. Przyznaje przy tym, że w przeszłości sprzedawał swoim firmom znaki towarowe. Nam udało się ustalić, że prawa do znaków służą też mu do podnoszenia kapitałów firm (są do nich wnoszone jako aport).

Po powstaniu PI działka przy Powązkowskiej posłużyła do zabezpieczania kredytów przedsiębiorstw, powiązanych z kontrowersyjnym biznesmenem. W dwa lata w księdze wieczystej nieruchomości pojawiły się hipoteki na prawie 30 mln zł (m.in. banków: BGŻ, PBK i BRE oraz — z tytułu obligacji — NFI Fortuna i Daewoo TU). Jerzy Kowalewski zastrzega, że gdy wchodził do PI, na działce przy Powązkowskiej były już hipoteki. Zapewnia, że przed objęciem większości akcji PI nie miał na nią wpływu. Przeczy temu fakt, że od razu po powołaniu PI do życia (w październiku 1999 r.) został… szefem jej rady nadzorczej! Kiedy mu o tym przypomnieliśmy, stwierdził że objął tę funkcję, bo podobał mu się plan związany z PI. Podobał się też jego teściowi (Krzysztof Kiwerski został prezesem PI) i bratu (Włodzimierz Kowalewski został samoistnym prokurentem).

W radzie nadzorczej znalazło się też miejsce dla Zdzisława Tokarskiego. To były warszawski wiceprezydent (sprzed 1990 r.) i wicewojewoda (do 1998 r.), który — po skończeniu kariery samorządowej — znalazł pracę we władzach wielu spółek, kontrolowanych przez Jerzego Kowalewskiego. Jak zapewnia: jego wcześniejsza działalność nie ma związku ze sprzedażą miejskich spółek ŁDA Invest ani z jego późniejszą aktywnością w PBSC i MPRWiK.

Równia pochyła

Wraz z hipotekami rosły straty PI — 2,7 mln zł w 2000 r. i 10,3 mln zł w 2001 r. W 2002 r., przy śladowych przychodach z wynajmu nieruchomości (264 tys. zł) spółka wykazała już 131,3 mln zł strat! Powód? Jej aktywa zostały realnie wycenione. Wartość akcji i udziałów spółek, powiązanych z Jerzym Kowalewskim, a wniesionych do PI, spadła jednego dnia ze 124 mln zł do niecałych 390 zł! Nic dziwnego — większość z tych firm to bankruci.

Mimo hipotek władzom PI (prezesurę po Krzysztofie Kiwerskim przejął Zdzisław Tokarski) udało się sprzedać działkę przy Powązkowskiej. We wrześniu 2005 r. nabyła ją spółka Tajro, za którą stoją inwestorzy izraelscy, znani w Warszawie m.in. z budowy hotelu Hilton. Przejęli oni wierzytelności PI, zabezpieczone hipoteką (według naszych informacji — płacąc blisko połowę ich wartości) oraz spłacili długi PI w stosunku do miasta i fiskusa. Ogółem wartość transakcji miała ponoć sięgnąć ponad 20 mln zł (żadna ze stron nie chciała rozmawiać na ten temat).

Po wyprowadzeniu z MPRWiK działki przy Powązkowskiej sytuacja i tej spółki drastycznie się pogorszyła. Jeszcze w 1999 r. i 2000 r. wykazała niewielkie zyski, kolejne lata kończyły się już stratami – 9,3 mln zł w 2001 r. i 12,2 mln zł w 2002 r. Dużo, jeśli uwzględnić, że przychody to odpowiednio 3,9 mln zł i — zaledwie — 72 tys. zł. Powód strat? Zwijanie działalności przy utrzymywaniu wysokich kosztów, ale — przede wszystkim — wielomilionowe poręczenia, jakie MPRWiK udzieliło spółkom z „grupy” Jerzego Kowalewskiego: ŁDA Invest (10,5 mln zł) i DH Arka (4 mln zł).

Wpływ na kondycję MPRWiK miała też polityka właścicielska ŁDA Invest. Z zysku za 1999 r. (300 tys. zł) w MPRWiK zostało zaledwie 15 tys. zł, reszta poszła na dywidendę. ŁDA Invest podniosła też wynagrodzenia członków rady nadzorczej. W efekcie w 2000 r. na pobory władz MPRWiK wydała rekordowe 440 tys. zł. Do upadku MPRWiK przyczyniło się też łamanie przez ŁDA Invest umowy prywatyzacyjnej. Zamiast zainwestowania 3 mln zł, na rozwój spółki trafiło 0,5 mln zł. Jednocześnie pieniądze płynęły w drugą stronę: we wrześniu 2000 r. MPRWiK wydało 880 tys. zł na akcje PI. Sprzedającym była… ŁDA Invest, która jednocześnie nie indeksowała wynagrodzeń pracowników MPRWiK, by ostatecznie zwolnić ostatnich w grudniu 2001 r. (co też było niezgodne z umową z miastem).

W sierpniu 2002 r. jeden z wierzycieli MPRWiK (dług: prawie 0,5 mln zł) złożył w sądzie wniosek o upadłość. Mimo że tylko fiskusowi spółka winna była wtedy 0,5 mln zł, a pracownikom — 0,7 mln zł, w marcu 2003 r. wniosek oddalono. Sąd uznał, że w spółce nie ma środków nawet na koszty upadłości (30-40 tys. zł). Tymczasem według bilansu aktywa MPRWiK warte były wówczas 33,3 mln zł, czyli tysiąc razy więcej!

Prezes MPRWiK Krzysztof S. (oskarżony o sfałszowanie dokumentu i przedstawienie nieprawdziwych danych jako prezes innej spółki, powiązanej z Jerzym Kowalewskim) nie potrafi wyjaśnić tej różnicy. I twierdzi, że wniesienie gruntu przy Powązkowskiej do PI wpłynęło dobrze na kondycję MPRWiK, ponieważ… przyniosło oszczędności z tytułu podatku od nieruchomości i opłat za użytkowanie wieczyste. Zapewnia też, że — mimo iż MPRWiK nie prowadzi działalności — powoli spłaca swe zobowiązania.

Koniec gry

Bardzo podobnie do przypadku MPRWiK potoczyły się losy PBSC. 5 listopada 1998 r. za 85 proc. udziałów tej spółki ŁDA Invest zapłaciła miastu Warszawa 2,98 mln zł. Mniej niż za MPRWiK, bo i „rodowe srebro” lichsze: ponad 12 tys. mkw. działki przy ul. Odlewniczej. Cenę tłumaczyła też kondycja spółki. W 1998 r. osiągnęła najniższe w historii przychody — 4,9 mln zł (dla porównania w 1996 r. było to 20,6 mln zł) i wykazała pierwsze straty (1,95 mln zł). Sytuację miały poprawić inwestycje, do których zobowiązała się ŁDA Invest.

Zamiast nich już 9 kwietnia 1999 r. nowy właściciel PBSC przegłosował uchwałę o ustanowieniu na działce spółki hipoteki, wartej 5 mln zł (prawie dwa razy więcej niż ŁDA Invest zapłaciła za całe PBSC!). Było to zabezpieczenie kredytu, jaki w Powszechnym Banku Kredytowym (PBK) wzięła… ŁDA Invest. Miasto głosowało przeciw tej uchwale, ale nie próbowało jej unieważnić w sądzie. Dlaczego? Jak twierdzą dziś urzędnicy stołecznego ratusza: brak dokumentów w tej sprawie.

Za to 29 kwietnia 1999 r. miasto lekką ręką przychyliło się do wniosku ŁDA Invest i podpisało aneks, zgodnie z którym zwolniło inwestora z 1 mln zł gwarantowanych inwestycji i pozwoliło, by środki te poszły na spłatę wierzycieli PBSC. Był to gwóźdź do trumny firmy, która — by bronić się przed naciskającą konkurencją — jak powietrza potrzebowała nowoczesnego sprzętu. Efekt? PBSC coraz rzadziej wygrywało przetargi na roboty, by wreszcie (na przełomie 2000 i 2001 r.) zaprzestać dotychczasowej działalności. Od tej pory jedyne przychody spółki (zaledwie 20 tys. zł miesięcznie) pochodziły z wynajmu nieruchomości.

W czerwcu 2001 r. PBSC udało się sprzedać większą część działki przy Odlewniczej. Kupił ją Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego (WORD). Zapłacił 6 mln zł. Miasto zgodziło się na transakcję, bo WORD zobowiązał się spłacić długi PBSC za podatek od nieruchomości. Niedługo potem, w sierpniu 2001 r. ratusz ostatecznie wyszedł z PBSC, sprzedając m.in. tzw. złoty udział. Mniej szczęścia miało ponad 170 pracowników, którzy zostali z nic nie wartymi papierami (ŁDA Invest nie chciała ich odkupić).

Większość z pieniędzy WORD trafiło do PBK, do którego należało 5 mln zł hipoteki. Kiedy bank ją zwolnił, ŁDA Invest z automatu stała się dłużnikiem PBSC. Krzysztof Kiwerski jako prezes PBSC co roku pisał w sprawozdaniach zarządu, że próbował ściągać tę kwotę. Jako dowód przedstawiał wezwania do zapłaty, jakie wysyłał do ŁDA Invest. Pisma te były nieskuteczne. Zdzisław Tokarski (prezes ŁDA) za każdym razem „z przykrością” odpowiadał, że nie ma na co liczyć. Sytuacja kuriozalna — obaj panowie to jedni z najbliższych współpracowników Jerzego Kowalewskiego, razem działający przez lata w wielu kontrolowanych przez niego spółkach (poza PBSC i ŁDA Invest choćby w MPRWiK i Powązkowska Invest).

Mimo że PBSC straciło płynność już w 2001 r., Krzysztof Kiwerski o upadłość wystąpił dopiero w marcu 2005 r. Sąd ogłosił ją 27 kwietnia 2005 r. Syndyk od razu uznał, że nie ma szans na ściągnięcie ponad 5 mln zł od zadłużonej po uszy ŁDA Invest i pół roku później sprzedał całe PBSC (głównie pozostałą część działki przy Odlewniczej) za 1,555 mln zł. Pieniądze te trafiły jedynie do wierzycieli, posiadających hipoteki: PBK i jednego z kontrahentów PBSC.

Krzysztof Kiwerski zwłokę w złożeniu wniosku o upadłość tłumaczy chęcią ułożenia się z wierzycielami.

— Dopiero jak urząd skarbowy nie wyraził na to zgody, wystąpiłem o upadłość — tłumaczy.

Nie chce oceniać, czy ustanowienie hipotek na działce przy Odlewniczej zadecydowało o bankructwie PBSC. Twierdzi też, że nie ma nic wspólnego z drugą ze spółek: MPRWiK. Tymczasem — według rejestru spółki — wszedł do jej rady nadzorczej w sierpniu 2002 r., a w aktach nie ma wzmianki o jego odwołaniu. Podobnie jak Zdzisław Tokarski i Krzysztof S. zarzeka się, że nie wie nic o istnieniu grupy spółek, stworzonej wokół Jerzego Kowalewskiego.

Biznesmen i urzędnicy

A co na to sam Jerzy Kowalewski? Zapewnia, że po wprowadzeniu ŁDA Invest na giełdę w 1996 r. wycofał się ze spółki, pozostawiając sobie mniej niż 1 proc. jej akcji. Jak twierdzi, nie miał wpływu na podjęcie decyzji o zakupie MPRWiK i PBSC, choć ten zakup popierał. Twierdzi, że wydarzeniami w giełdowej spółce zainteresował się ponownie pod koniec 1999 r., kiedy to chciał doprowadzić do połączenia ŁDA Invest z PI oraz inną z powiązanych z nim firm — Konsmetalem. Jak twierdzi — nie dogadał się jednak z akcjonariuszami giełdowej spółki i zrezygnował z tych planów w 2001 r.

Zapewnia, że do dziś posiada tylko mniej niż 1 proc. akcji ŁDA Invest i nie ma wpływu na tę spółkę. Przeczy temu fakt, że prezesem ŁDA Invest jest Zdzisław Tokarski, a w jej pięcioosobowej radzie nadzorczej pozostaje brat Jerzego Kowalewskiego, trzech pracowników należącego do niego Traffic Clubu oraz prezes innej z kontrolowanych przez niego spółek.

Biznesmen bagatelizuje swe wpływy i zapewnia, że żadnej grupy spółek, zbudowanej wokół niego nie ma. Jest jednak bardzo dobrze zorientowany w wydarzeniach wokół MPRWiK i PBSC. Upadek obu tłumaczy ich słabą kondycją przed przejęciem przez ŁDA Invest i brakiem zamówień na roboty.

A jak miasto wyjaśnia fiasko prywatyzacji MPRWiK i PBSC? Urzędnicy ratusza zwracają uwagę, że obie spółki sprzedano aż osiem lat temu (ówczesnym prezydentem Warszawy był Marcin Święcicki). W piśmie przesłanym do redakcji puentują, że „trudno jest skutecznie, w 100 proc. zabezpieczyć się przed nieuczciwością kontrahentów”.

Pewnie byłoby łatwiej, gdyby przedstawiciele miasta zawsze pojawiali się na radach nadzorczych i walnych zgromadzeniach obu spółek lub choć raz skorzystali z możliwości unieważnienia uchwał, niekorzystnych dla Warszawy jako mniejszościowego ich udziałowca. Ratusz do dziś nie złożył też wniosku o upadłość ŁDA Invest, choć spółka ta jest mu wciąż winna ponad 2,5 mln zł. Mimo słowach o „nieuczciwości kontrahentów”, miejscy urzędnicy nie zdecydowali się też na zawiadomienie prokuratury.