Wojna zawsze równa się inflacja

opublikowano: 17-09-2021, 16:55

Wojna skutkuje inflacją, która oznacza pauperyzację społeczeństwa. Wojna wymyślona, by na niej zarobić, to głupi pomysł — mówi prof. Wojciech Morawski ze Szkoły Głównej Handlowej.

„PB”: Czy można mówić o czymś takim, jak ekonomia wojny?

materiały prasowe

Prof. Wojciech Morawski: Z całą pewnością, zwłaszcza od czasu I wojny światowej. Ta wojna była na tyle długa i na tyle totalna, że zmusiła do nowego myślenia. W XIX wieku wojny były krótsze i łatwiej dawało się je finansowo „opędzić”. I wojna światowa natomiast była kataklizmem dla gospodarki. Zaryzykuję twierdzenie — dużo większym niż druga, podczas której pewne techniki były już opanowane.

Proszę zwrócić uwagę, co może wydawać się paradoksalne, że wojna nakręca koniunkturę. Jeśli dobra koniunktura oznacza przewagę popytu nad podażą, to wojna z całą pewnością stwarza taką sytuację. Produkcja rośnie, bezrobocia nie ma. Przeciwnie — mamy deficyt siły roboczej. Kryzysy gospodarcze natomiast bardzo często następują po zakończeniu wojny, kiedy państwa nagle zaczynają oszczędzać, redukują wydatki, zaczynają martwić się zadłużeniem. Dlatego te momenty z ekonomicznego puntu widzenia bywają dosyć niebezpieczne.

Nawet koniec zimnej wojny oznaczał załamanie w gospodarce światowej. Szybko jednak wojna w Zatoce Perskiej ponownie nakręciła koniunkturę.

A gdyby poszukać ekonomicznych zysków, jakie przynosi wojna?

Nie bardzo je widzę. Na wojnie zarabiają koncerny zbrojeniowe, ale sama wojna jest finansowana przy pomocy inflacji, która oznacza pauperyzację społeczeństwa. Wychodzi ono z wojny dużo biedniejsze, co nawet dla bogatych jest kłopotem, bo redukuje się rynek zbytu.

W czasie I wojny światowej starano się mimo wszystko planować, że te wydatki kiedyś zostaną zwrócone, ale to były mrzonki. Stąd się wzięły olbrzymie kłopoty z nierealistycznie wysokimi reparacjami niemieckimi. W czasie II wojny światowej Amerykanie pogodzili się z tym, że mają trwały deficyt budżetowy i że warto go mieć, bo to nakręca koniunkturę. Dlatego w czasie tej wojny już nie pożyczali sojusznikom pieniędzy, tylko tak naprawdę im je dawali. Program Lend-Lease to było wielkie rozdawnictwo, którego skala sięgnęła 51 mld USD. Dla porównania: plan Marshalla kosztował 15-17 mld USD.

Wspomniał pan o reparacjach. Czy one dobijają kraje?

W rozsądnych granicach niekoniecznie. Zawsze w historii pokonany płacił zwycięzcy. Niebezpieczne rozmiary przybrało to dopiero po I wojnie światowej. Wtedy państwa centralne finansowały wojnę własną walutą, więc wystarczyło po wojnie uwolnić inflację i spłacić długi. Ententa finansowała wojnę, zadłużając się w Stanach Zjednoczonych. Pod jej koniec wydawało się, że raczej ją wygra, ale zaraz potem zbankrutuje. Musiała więc ściągnąć z pokonanych przynajmniej tyle, ile była winni Amerykanom. I jedno, i drugie się okazało nierealne. Niemcy nie byli w stanie tyle zapłacić, a Amerykanie nie odzyskali włożonych pieniędzy.

Trudno chyba jest rozsądnie oszacować wysokość reparacji.

To jest niemożliwe. Na konferencji wersalskiej Anglicy chcieli, żeby naliczyć ich jak najwięcej. Liczyli tak: był żołnierz, miał 20 lat i zginął. Gdyby nie zginął, to do emerytury zarobiłby tyle i tyle, więc teraz tyle się należy. A można przecież dopisać jeszcze straty moralne... Było w tym pewne szaleństwo.

Na ile — pod względem ekonomicznym — współczesne niekonwencjonalne wojny różnią się od tych z pierwszej połowy XX wieku?

Są równie drogie albo może i droższe. Angażują znacznie mniej osób, bo technika poszła na tyle daleko, że nie trzeba masowych armii. Nie ma więc skutków społecznych, nie ma drenażu rynku pracy, ale koszty finansowe są wyższe. Wypracowano jednak już takie instrumenty, które pozwalają sprawnie obsługiwać dług publiczny.

Czy wojna może być motorem rozwoju?

Tak się zdarza. Obie wojny światowe, które toczyły się daleko od granic Stanów Zjednoczonych, nie powodowały strat na ich terenie i znakomicie nakręcały koniunkturę. Przyczyniły się do ich awansu gospodarczego.

Czy wojna ma sens?

Jako przyzwoity człowiek odpowiem — nie ma.

A jako ekonomista?

Nie bardzo umiem to rozdzielić. Jeśli to jest taki polski dylemat: bić się czy nie bić, to czasami trzeba się bić czy bronić, ale wojna wymyślona po to, żeby na niej zarobić, to głupi pomysł.

Rozmawiał Bartłomiej Mayer

Podcast Puls Biznesu do słuchania co piątek od rana na twojej aplikacji podcastowej oraz na pb.pl/dosluchania

tym razem: „Ile kosztuje wojna”

goście: prof. Wojciech Morawski — SGH, Zbigniew Parafianowicz — autor książek, publicysta „DGP”, Tomasz Siemoniak — były minister obrony, Maciej Szopa — Defence24, Remigiusz Wilk — Grupa WB

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane