Znajomy przedsiębiorca, szef niewielkiej firmy budowlanej, człowiek przytomny i twardo stojący na nogach, przestał ostatnio narzekać na rząd, banki i urząd skarbowy. Wszystko to, mówi, furda. Polityka rządu tak naprawdę nie jest problemem dla firmy takich rozmiarów. Większe znaczenie ma praktyka funkcjonowania urzędów niskiego szczebla i ich sposób postępowania w konkretnych sprawach. To w końcu nie przypadek, że urząd skarbowy w mieście X ma opinię wrednego, a skarbówka z Y uchodzi za sympatyczną i pomocną. Gdy się o tym wie, można jakoś żyć, nawet pod rządami urzędu X. Takoż prezes wielkiego banku jest mniej ważny od dyrektora lokalnego oddziału, który ma swoje nawyki, przekonania i fobie. A to on wydaje decyzje, w praktyce niepodważalne.
Ale prawdziwym problemem, twierdzi ów człowiek biznesu, jest brak zaufania w stosunkach poziomych. Chodzi o relacje handlowe, jednorazowe transakcje, łańcuch: zamówienie — dostawa lub usługa — płatność. Na tej ścieżce powyrastały gigantyczne przeszkody. Opóźnianie zapłaty stało się plagą, dostawcy i usługodawcy próbują zabezpieczać się na wyrost, żądając przedpłat, gwarancji, a wkrótce chyba zakładników. To powoduje przeciwstawne żądania, a wszystko razem tak komplikuje normalną działalność, że traci ona sens.
Zjawisko z pewnością istnieje. Najbardziej brakuje cechy, która nazywała się kiedyś rzetelnością kupiecką. Nie można tego leczyć przepisami prawa, choćby najlepszego. Prawo zawsze pozostaje o krok za życiem. Rzecz leży na poziomie wartości, i to tych wyższych. Ale przypominanie o wartościach innych niż wartość spółki na zamknięciu sesji jest w III Rzeczypospolitej wstydliwe i niemodne.
Można za to winić zabory, Hitlera, komunę oraz ostatnie lata zbyt prosto rozumianej wolności. Ale nie chodzi o szukanie winnych. Bez powrotu do świata wartości będzie się coraz trudniej żyć w naszej rosnącej gospodarce.