Wolny rynek czy amerykanka

Adrian Boczkowski, Andrzej Stec
opublikowano: 25-11-2008, 00:00

Na krajowym rynku finansowym bessa. Niektórzy analitycy obawiają się, że ktoś nieładnie pogrywa i zarabia na spadkach kosztem Polaków.

Analitycy alarmują, że zagranica trzyma w szachu złotego i giełdę. Niektórzy uspokajają jednak, że to tylko globalny kryzys

Na krajowym rynku finansowym bessa. Niektórzy analitycy obawiają się, że ktoś nieładnie pogrywa i zarabia na spadkach kosztem Polaków.

Warszawska giełda szoruje po dnie. Złoty słabnie, a na mało płynnym rynku obligacji skarbowych kupujących szukać ze świeczką.

— To normalne. Mamy globalny kryzys finansowy, największy od II wojny światowej — uspokajają niektórzy nasi rozmówcy.

Ostatnio przybywa jednak przesłanek, które wskazują, że bessie na krajowym rynku finansowym pomaga jakaś niewidzialna ręka rynku. Miałaby ona należeć do kilku zachodnich instytucji finansowych.

Eksporterzy płac(z)ą

Alarmujące wieści płyną z rynku walutowego.

"Kilka dużych zagranicznych instytucji urządziło sobie prawdziwą zabawę naszą walutą" — czytamy w komentarzu Jacka Maliszewskiego z niezależnej firmy Alpha Financial Services. Według autora zagranica skupiła w wakacje olbrzymie ilości opcji kupna euro/złoty i dolar/złoty (pozwalają wezwać wystawcę do sprzedaży walut po wcześniej ustalonej cenie). Sprzedającymi byli polscy eksporterzy, którzy zabezpieczali się przed mocnym złotym. Ponoć nominalna wartość opcji przekracza nawet 20-krotnie roczne ich przychody.

— Instytucje, które kupiły te opcje, trzymają teraz nasz rynek w garści. Staje się to wręcz niebezpieczne dla całej polskiej gospodarki. Warto zwrócić uwagę, że autorami nieprzychylnych raportów na temat polskiej gospodarki (obniżenie prognoz PKB na przyszły rok, wskazywanie na ryzyko wystąpienia kryzysu walutowego, rekomendowanie własnym klientom gry na spadek cen naszych akcji i obligacji itp.) są wspomniani właściciele opcji — twierdzi Maliszewski. "Zabawa" zagranicy miałaby potrwać do połowy grudnia. Wtedy dojdzie do rozliczenia opcji.

W zakrojoną na dużą skalę operację zmierzającą do sztucznego osłabienia złotego nie wierzy jeden z najlepszych w kraju analityków walutowych Marek Rogalski z Domu Maklerskiego FIT.

— Nikt nie potrafi policzyć, ile wystawiono tych opcji. Rynek walutowy nie jest regulowany. Nie widać, kto i skąd na nim gra — powiedział nam Rogalski.

Teorię Maliszewskiego potwierdzają jednak coraz większe straty walutowe krajowych firm. Tylko w ostatnich dniach przyznało się do nich kilka spółek giełdowych (grupa PPWK, chemiczny Ciech, budowlany Erbud, a nawet państwowe Police).

JP Morgan atakuje

W ostatnich dniach wrze również na warszawskim parkiecie. Wątpliwości budzi znów rynek terminowy. Po cudownym fixingu z 12 listopada (JP Morgan sztucznie zawyżył wtedy kursy, rzucając na rynek potężne zlecenie kupna) gwałtownie wzrosła liczba otwartych pozycji na rynku kontraktów terminowych na WIG20. Większą determinacją wykazują się pesymiści, co sugeruje chociażby ujemna baza (różnica między indeksem a kursem kontraktu). Inwestorzy na forach piszą wprost: "kroi się coś większego". Spekulują, że do 19 grudnia (wtedy dojdzie do rozliczenia kontraktów) ktoś w porozumieniu z pesymistą z rynku terminowego zasypie GPW akcjami, aby zgarnąć wysokie zyski na rynku terminowym. Na szczęście tej teorii nie potwierdzają mocne poniedziałkowe wzrosty.

Podejrzenia inwestorów wzmogły ostatnie wydarzenia na GPW. Chodzi o cudowny fixing i przede wszystkim piątkowy komunikat Komisji Nadzoru Finansowego. Strażnik prawa na giełdowym podwórku podejrzewa, że amerykańska instytucja JP Morgan dopuściła się manipulacji. Zawiadomiono już prokuraturę. Wkrótce sprawą zajmie się rząd.

— Zdarzenie z 12 listopada nie miało negatywnych skutków dla innych inwestorów niż JP Morgan — twierdzi jednak szef GPW Ludwik Sobolewski.

Przypomnijmy, że w październikowym szczycie zawirowań na rynkach finansowych JP Morgan wydał skrajnie niekorzystny raport dla złotego (jego rzetelność podważyli krajowi analitycy, a nawet wiceminister finansów). Na początku listopada kontrowersje wzbudziły kolejne, skrajnie niekorzystne analizy JP Morgan. Dotyczyły prognoz dla polskiej gospodarki i wycen polskich blue chipów.

— Ewidentnie widać, że zagraniczne instytucje finansowe szukają haków na Polskę i nieobiektywnie przedstawiają nas w raportach — przyznaje anonimowo znany analityk z dużej krajowej instytucji. Dodaje, że manipulowanie kursem złotego czy wartością WIG20 przy tak płytkim rynku jak obecnie nie jest większym problemem.

Bez recepty

Trudno wskazać działania, które mogłyby uzdrowić sytuację na rynku złotego czy na GPW.

— Takiej grze zagranicy przeciwstawić się może jedynie albo bank centralny, albo jakiś inny duży gracz widzący własne korzyści w grze na umocnienie złotego oraz na wzrosty cen papierów wartościowych — twierdzi Maliszewski z Alpha Financial Services.

Tymczasem krajowe instytucje są zbyt słabe. Z funduszy inwestycyjnych od miesięcy odpływają pieniądze, a OFE jakby bały się akcji.

Doraźnie straszakiem mogą być działania KNF i prokuratury. Teoretycznie w grę wchodzi też skup przecenionego złotego przez NBP lub decyzja rządu o niezwłocznym wejściu do systemu ERM II, co przyśpieszyłoby przyjęcie euro.

— Póki nie ma ostatecznej decyzji o wejściu Polski do ERM II, jakiekolwiek interwencje NBP na rynku złotego w tak niepewnych czasach mogłyby odbić się czkawką. Z drugiej strony, szybkie podjęcie decyzji o wejściu do ERM II w czasie kryzysu zwielokrotniłoby pokusę gry złotym i zwiększyło ryzyko kursowe — mówi Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP.

Jego zdaniem najlepsze byłoby wejście do strefy euro bez "poczekalni".

— Przyjęcie wspólnotowej waluty jest niewątpliwie długoterminowym remedium, ale obarczonym krótkoterminowymi komplikacjami — dodaje Łukasz Tarnawa.

Straty kolejnych spółek

Dariusz Grzeszczak

współzałożyciel i członek zarządu Erbudu

Decyzję o zakupie opcji walutowych podjęliśmy latem na podstawie prognoz polskich i zagranicznych banków. Popełniliśmy błąd i bierzemy za niego jako zarząd odpowiedzialność. Nie mieliśmy doświadczenia w takich instrumentach finansowych, a strata jest spora (43 mln zł). Nie zniweluje jednak całkowicie zysku rocznego. Świadomie postanowiliśmy wyeliminować ryzyko ewentualnych dalszych strat, by w spokoju zająć się naszym podstawowym biznesem, czyli budownictwem.

Naszą decyzję o zrealizowaniu opcji przyspieszyły informacje o tym, że w kolejce do zamknięcia podobnych kontraktów stoją inne firmy, co podniosłoby jeszcze kurs euro i zwiększyłoby nasze straty. Na dzień zrealizowania straty (zeszły piątek) Erbud nie posiadał żadnych kredytów, miał niewykorzystany limit kredytu gotówkowego w rachunkach bieżących (17 mln zł), niewykorzystany limit na gwarancje bankowe (37 mln zł) oraz gotówkę na kontach bankowych (50 mln zł). W naszym przypadku nie było więc najmniejszego ryzyka utraty płynności.

Apeluję do rządu,

aby ścigał przestępców

Marek Suski

poseł PiS, członek sejmowej Komisji Skarbu Państwa

Najbardziej spośród potencjalnych manipulacji dużych instytucji zagranicznych była widoczna ta na GPW 12 listopada ("cudofixing"). Zawsze w momencie osłabienia gospodarczego i kontrolnej roli państwa triumfuje poczucie bezkarności i pokusa do nieuczciwych działań. Apeluję do rządu, by nie zwalczał CBA, tylko ścigał przestępców, którzy bezczelnie poczynają sobie w Polsce. Prokuratura nie powinna zastanawiać się, czy ktoś stał z laptopem pod prysznicem, tylko badać, gdzie ciekną z Polski pieniądze.

Wprowadzenie euro nie rozwiąże problemu manipulacji kursem złotego. Nieprawidłowości są już dzisiaj, ale euro można przyjąć najwcześniej za trzy lata. Trzeba więc ścigać to, co się obecnie dzieje. Euro jest lekiem na pewne patologie, ale w przyszłości. NBP nie powinno także interweniować na rynku. Nie jest to instytucja śledcza. "Zabawę" złotym mogą popsuć jedynie kajdanki. Ingerencja NBP na rynku złotego byłaby jedynie doraźnie działającą aspiryną, a tu potrzeba anty- biotyku.

W Stanach Zjednoczonych krytyka spadła na banki

Wiesław Rozłucki

współtwórca i były prezes GPW

Jestem daleki od spiskowych teorii dziejów. Trudno bez solidnych podstaw oskarżać kogokolwiek o celowe osłabianie złotego czy zaczernianie obrazu polskiej gospodarki. Pomyłki czy nawet błędy merytoryczne mogą przecież zdarzyć się w raportach analityków. Nie ulega jednak wątpliwości, że sprawę warto zbadać, a samo pytanie jest słuszne.

Namówienie przez banki firm produkcyjnych do zakupu opcji o wielkiej wartości nie jest jednak wynalazkiem polskiego rynku. Sześć, siedem lat temu podobna sytuacja zdarzyła się w USA, a przedsiębiorstwa potraciły wielkie pieniądze. Tam mocno skrytykowano banki za wykorzystanie niewiedzy swoich partnerów. U nas eksporterzy teoretycznie powinni mieć kompetencje co do rynku walutowego i nie powinno winić się za powstałe straty banków. Te jednak nie mogą działać tak agresywnie. Trzeba jednak pamiętać, że od połowy września skala zaskoczenia na rynku była tak duża, że nie przewidział jej żaden model. Teraz obserwujemy tego konsekwencje.

Adrian Boczkowski

Andrzej Stec

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski, Andrzej Stec

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu