Wolny rynek na święta

Ks. Jacek Stryczek
opublikowano: 2013-12-24 00:00

Ubóstwo nie polega na tym, że ktoś ma mało, ale na tym, że mało potrzebuje. Więc ewangeliczny ideał podpowiada: należy mieć dorobek i mało potrzebować dla siebie

Coraz częściej słyszę, że mam bardzo radykalne poglądy wolnorynkowe. Wiele osób uważa to za paradoks, ponieważ jestem księdzem i zajmuję się również pomocą ubogim. Może właśnie okres przedświąteczny jest dobrą okazją, abym napisał, dlaczego tak się stało. Otóż sam z siebie, opierając się na mądrości życiowej czy przemyśleniach, nie odważyłbym się formułować tak zdecydowanych tez. Wcześniej też tak nie myślałem. Zmiana, która dokonała się we mnie, wynika, o paradoksie, z mojej modlitwy i dogłębnej próby odczytania Ewangelii. „A słowo stało się ciałem” — to początek Ewangelii św. Jana i sens świąt Bożego Narodzenia. A ja po prostu staram się wcielić w życie prawdy odkryte w ewangelii.

1 Każdy powinien sam radzić sobie w życiu

Jezus zdecydowanie stwierdza: będziemy zbawieni po owocach. Nie po dobrych uczynkach ani tym bardziej — według dobrych chęci. Dobre uczynki to na przykład praca rodziców z dziećmi, które ostatecznie okazują się darmozjadami. Wielu rodziców robi wiele dla swoich dzieci, a potem nie może zrozumieć, dlaczego są tak beznadziejne. To właśnie są dobre uczynki, z których nic nie wynika. Podobnie pomoc żebrakom na ulicy. Jeśli ktoś na żebraniu zarabia 200 zł dziennie (średnia w Polsce), to już nigdy nie zmieni zawodu. Dobre chęci polegają na tym, że ktoś by chciał, myśli o tym, ale jakoś mu nie wychodzi. Kocha, co prawda, cały świat, ale konkretnie nie robi nic dla innych. „Poznacie po owocach” — mówi Jezus. Jeśli drzewo nie wydaje dobrych owoców, trzeba je wyciąć. Oznacza to dokładnie, że jak już coś się robi, to powinny z tego być dobre owoce. Jeśli ktoś się uczy, powinien się nauczyć i zdać egzamin. Jeśli pracuje, powinien zarabiać. Jeżeli produkuje, powinien mieć sprzedaż, a jeżeli wychowuje dzieci, powinien mieć dobre owoce, czyli fajne dzieci. Przecież ten ewangeliczny przekaz nie jest niczym innym, jak wymaganiem sukcesów w życiu. Jak już coś robisz, powinno ci się udać. Dlatego ludzie, którzy robią, a nic im nie wychodzi, będą potępieni (w sensie religijnym). Bo nie mają dobrych owoców. Jezus mówi wprost: drzewo, które nie przynosi dobrych owoców, będzie wycięte i wrzucone w ogień. Jako chrześcijanin i ksiądz nie mogę więc ludzi okłamywać. Każdy powinien sam radzić sobie w życiu. Powinien pracować i powinno mu wychodzić. Powinien mieć sukcesy wystarczające do przetrwania. A nawet większe, by mógł pomagać innym.

2 Zła pomoc demoralizuje

Niewątpliwie wrażliwość na biedę, na ludzkie problemy, jest mocno eksponowanaw ewangelii. To prawda. Ale ta zasada nie może być w sprzeczności z pierwszą regułą: będziemy zbawieni według owoców. Problemy są wpisane w naszą ludzką naturę. Jesteśmy chorowici, śmiertelni i źli. Otacza nas żywiołowa natura. Nie potrafimy wszystkiego kontrolować. I tak naprawdę raczej przypadkiem jest, że żyjemy i jesteśmy zdrowi, a nie odwrotnie. Dlatego powinniśmy sobie pomagać. Raz ja komuś, innym razem ktoś mnie. Zależnie od sytuacji. To bardzo, bardzo ważna zasada solidarności międzyludzkiej, ale nie chodzi o to, by tak pomagać, że otrzymującemu pomoc przestaje się chcieć. Pomagamy choremu, gdy słaby leży w łóżku. Ale nie pomagamy tak, by już w łóżku został. Jeśli więc nasza pomoc demoralizuje, rozleniwia, narażamy ludzi na potępienie — bo bez dobrych owoców, bez starania się, bez zwycięstw nie zostaną zbawieni. Zauważmy: jeśli pomagamy tak, że komuś się nie chce, sami mamy złe owoce. Zdemoralizowaliśmy człowieka, samych siebie narażając na potępienie. Od kiedy odkryłem tę prostą zasadę, stałem się bardzo asertywny i ostrożny w pomaganiu. Mam odwagę mówić ludziom wprost: czym różnicie się ode mnie. Mnie się chce, ja się staram; czego wam brakuje? W czym jestem lepszy od was? Wiem, że ci ludzie to wiedzą, ale nawet sami przed sobą nie chcą się do tego przyznać. Jeśli się nie zmienią, skazują się na potępienie. Szkoda mi ich. Głoszę więc: postawa roszczeniowa,wymaganie, aby inni starali się za mnie, jest zła i prowadzi do potępienia. Pomoc ma sens wtedy, gdy wydobywa z człowieka jego potencjał i sprawia, że mu się chce coś robić, chce mu się być sprawnym. Wydaje mi się, że kiedyś to było jasne i oczywiste. Kiedyś, czyli sto lat temu. Teraz staliśmy się poprawni politycznie i jeśli ktoś krzyczy, że jest mu źle, czujemy się winni. Dlatego najwięcej pomocy przekazywanej jest tam, gdzie najgłośniej krzyczą. Ewangelia nie ceni sobie demoralizującej pomocy. Nie patrzy przychylnie na tych, którzy mogą pracować, a nie pracują. Przypominajmy słowa św. Pawła: kto nie chce pracować, niech nie je. Przecież to jest powiedziane prosto, wyraźnie i dobitnie.

3 Pomagać powinno nie państwo, ale ludzie sobie nawzajem

W Ewangelii nie znalazłem przykazania, żeby pomagało państwo. Tym bardziej ewangelia nie daje uprawnień, by zwalać odpowiedzialność na państwo czy jakiekolwiek instytucje. Jezus uczy natomiast, że mamy się wzajemnie miłować. Przykazanie miłości wzajemnej nakierowuje uczniów Chrystusa na kontakt z drugim człowiekiem, w którym należy wygrać — bo poznacie po owocach. To właśnie dlatego w Szlachetnej Paczce konkretny człowiek pomaga konkretnemu człowiekowi, choć wszystko dzieje się w systemie łączącym 620 tys. osób. Dla mnie to ideał. Jasne reguły gry, wypracowane ścieżki komunikacyjne, dobra informacja — czyli minimum instytucji. Cała reszta rozgrywa się między ludźmi. Jako uczeń Chrystusa chcę minimum państwa i maksimum społeczeństwa obywatelskiego. Ludzie powinni pomagać sobie nawzajem. Powinni pracować i radzić sobie w życiu. I państwo powinno im w tym pomagać, a nie robić to za nich.

4 Należy się dorabiać

To jest oczywiste. Jeśli ktoś pracuje, jego praca powinna mieć sens, czyli przynosić dobre owoce. Należy zarabiać. W pieniądze jest wpisana pokusa, ale kto powiedział, że musimy jej ulec? Jezus mówi: pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną. Żeby spełnić to polecenie, najpierw trzeba mieć się czym dzielić. Czyli należy zarabiać. Również żeby sprzedać majątek, najpierw trzeba go mieć. Ubodzy w duchu to ludzie, którzy nie są przywiązani do tego, co posiadają. Nie ma tu mowy o tym, czy mają dużo lub mało. To właśnie dlatego nauka ewangelii równocześnie sprzyja bogaceniu się i życiu w ubóstwie. Bo ubóstwo nie polega na tym, że ktoś ma mało, ale na tym, że mało potrzebuje. Ewangeliczny ideał podpowiada więc: należy mieć dorobek i mało potrzebować dla siebie. Tego na te święta życzę sobie i wszystkim państwu, czytelnikom „Pulsu Biznesu”.

Ks. Jacek Stryczek
duszpasterz ludzi biznesu i ojciec Szlachetnej Paczki